Z rowerami w szoferce

Stację obwarowano wysokim betonowym murem, chyba był to pomysł całkiem trafny, bo za murem czekał na nas widok na starą fabrykę, wysypisko rupieci i wszędzie walających się śmieci, na co już nie zwracamy uwagi. Obowiązkowo szef zaprosił nas na czaj i obiecał pilnować naszego campingu. Spaliśmy wybornie – nie było żadnych psów, mur był dobrą osłoną dźwiękową, a nad nami czuwali czujni pracownicy stacji, czasem tylko przyprowadzający kogoś i pokazujący im dziwnych (już śpiących) gości z Polski poruszających się rowerami po Turcji. Rano rześko zabraliśmy się do naszych obowiązków namiotowych i szybko stanęliśmy na wjeździe do stacji. Zatrzymał się wspaniały kierowca, chyba nasz ulubiony. Posługiwał się tureckim i kurdyjskim, ale rozumnie starał się z nami porozumiewać. Logika wypowiadanych ustaleń poprawiła się, gdy wyciągnął komputer z internetem.  Pierwszy raz jechaliśmy ciężarówką równocześnie odpisując na zaległe maile.  Droga do Mardin upłynęła bardzo szybko, ja z laptopem na kolanach, Aga z czytnikiem w ręku, a nasz kierowca postanowił, że jeszcze przydałyby się pełne brzuchy.

Wjazd do Gazientepu

Wjazd do Gazientepu

Zjedliśmy pyszny darmowy obiad, na przystawkę – skropiona cytryną pasta z bulguru podawana na sałacie rzymskiej i ayran z czymś w rodzaju klusek, na główne danie – sałatka z syropem z granatów i wielka taca z grillowanymi kurczakami i roladkami z mięsa oraz z paprykami i ryżem. Do popicia kufel ayranu. Deser to oczywiście czaj. Po obiedzie ruszyliśmy dalej. Już bliżej Mardin można z drogi zobaczyć obóz dla uchodźców syryjskich. Nie był to miły widok, raczej przytłaczający. Obóz obwiedziony był wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego ze strażnicami z żołnierzami w każdym z rogów. Syryjczycy zamieszkiwali tam białe podłużne budynki. Od jakiegoś czasu zresztą poznajemy coraz więcej Syryjczyków, głównie dzieci. Czyli Turcy jakoś się nimi opiekują, starają się pomóc. Już w kilku miejscowościach przedstawia się nam małe dzieci z Syrii i podkreśla ich pochodzenie z troską. Ciężko było się rozstawać z tym kierowcą, zmierzał do Diyarbakir, niestety nie w nasze strony. Przejechaliśmy kilka kilometrów dalej rowerami w poszukiwaniu kolejnej stacji benzynowej na nocleg. Od momentu wjazdu do tureckiego Kurdystanu, otoczenie zmieniało się dość szybko, nie tylko z powodu korzystania z autostopu. Zielone szachownice upraw nagle zamieniały się w coraz wyższe, czerwonawe pagóry. Widoki z nich były naprawdę przednie, niestety najczęściej częściowo przesłaniał je wiszący i wirujący pył. Kurz był wszędzie, pokrywał drogi, samochody i nas. Nasza następna stacja również nie mogła pochwalić się ładnym widokiem na tle zachodzącego słońca, rozbiliśmy namiot na wzniesieniu za budynkiem, tuż nad betonowym spadem na parking ze złomowiskiem motocykli i samochodów. Cmentarzysko motocykli było ostatnim moim marzeniem w dniu własnych urodzin. Obietnica piwa jednak, złożoną przez jednego z pracowników, przysłoniła mi ten niezwykle smutny krajobraz. Od około 100 km zauważyliśmy wyraźny brak sklepów z szyldami „Efez”, a w drodze na stację, w sklepie w małym miasteczku na pytanie o piwo, zostałem obrzucony jakimiś  słowotokiem z którego zrozumiałem tylko „haram” – nielegalny. Stacją, która nas „gościła” zarządzała chyba grupa abstynentów mahometan, bo gdy te piwa dostaliśmy i spokojnie popijaliśmy je sobie wraz z dwoma dopiero co poznanymi mężczyznami, szybko nasze towarzystwo zmuszone było do opuszczenia stacji. Dobrze się stało, bo spokojnie mogliśmy się raczyć zimnym piwkiem w dniu moich urodzin, bez przymusu używania ciągle tych samych tureckich słów w różnych konfiguracjach. Noc była wyjątkowo chłodna, psy obszczekiwały nas regularnie co pół godziny, ale za to śnił się nam już coraz bliższy Irak. Rano, po śniadaniu z ciepłym chlebkiem i gorącym czajem, stanęliśmy ochoczo na wjeździe do stacji (ostatnio nasze dni stały się bardzo podobne do siebie) i łapaliśmy chętnych do pomocy kierowców. Tym razem nasze rowery górowały nad ciężarówką, kierowca uparcie upchnął je i resztę w szerokiej rynnie nad zabudowaną paką ciężarówki. Etapami dostaliśmy się w końcu w okolicę granicy, bo z Cizre, drogę pod górę do granicy przebyliśmy żółtą ciężarówką z wyjątkowo miłym i pomysłowym kierowcą. Nie dość, że postanowił całe nasze dobytki upchnąć w szoferce (łącznie z rowerami), to jeszcze zatrzymywał się w miasteczku przepuszczając każdego, kto chciał przejść przez ulicę – rzecz w Turcji niebywała.

Fajny pomysł z takimi rzeźbami, na wylotówce z miasta karawana też była

Fajny pomysł z takimi rzeźbami, na wylotówce z miasta karawana też była

Nasz ulubiony kurdyjski kierowca

Nasz ulubiony kurdyjski kierowca

Obóz syryjskich uchodźców widziany z okna ciężarówki

Obóz syryjskich uchodźców widziany z okna ciężarówki

Obóz syryjskich uchodźców widziany z okna ciężarówki

Obóz syryjskich uchodźców widziany z okna ciężarówki

Jak to się nie zmieści ? Jesteśmy pod wrażeniem kurdyjskiej zaradności i poświęcenia

Jak to się nie zmieści ? Jesteśmy pod wrażeniem kurdyjskiej zaradności i poświęcenia

Granica syryjska biegnie wzdłuż drogi

Granica syryjska biegnie wzdłuż drogi

 

 

 

 

 

 

4 myśli nt. „Z rowerami w szoferce

  1. Alicja

    no to już stało się tradycją, że na dobranoc czytam wasze relacje tak dzień po dniu jak ulubiony film.
    pozdrawiam Alicja

    Odpowiedz
  2. Pancio

    Fajnie że aparat nie został na pace, bo zdjęcia ciekawe – no ale w tym przypadku paka była w szoferce ;)

    Odpowiedz
    1. zawsze pod wiatr Autor wpisu

      No właśnie z tej częsci autostopowej mamy zdjecia glownie z telefonu. Za to teraz w Iraku nadrabiamy i już za kilka dni będzie mnóstwo fot z Kurdystanu

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>