Z biletami do Dubaju w ręku

Posted on Posted in Iran

W końcu nadszedł długo oczekiwany przez nas dzień – sobota, pierwszy pracujący dzień w Iranie po dwutygodniowych świętach. Dzień wcześniej, wieczorem, za radą Omida postanowiliśmy pojechać na posterunek policji na rowerach z całym naszym bagażem. Podobno turyści przedłużający wizę muszą koniecznie podać adres hotelu, w którym aktualnie się zatrzymali w Bandar Abbas, a pod żadnym pozorem nie mogliśmy powiedzieć, że od tygodnia mieszkamy u Omida w domu. Oficjalnie Irańczycy nie mogą przyjmować gości z zachodu u siebie w domach, a karą za złamanie tego przepisu może być kilkudniowe więzienie dla gościnnego Irańczyka. Zapakowaliśmy więc nasze sakwy na rower, na wierzchu przypięliśmy namiot tak, aby rzucał się w oczy i żeby policjanci nie mieli żadnych wątpliwości, gdy powiemy im o tym, że od kilku dni śpimy na plaży w namiocie. Uznaliśmy takie małe kłamstwo za najbardziej prawdopodobne, przecież przez cały okres świąteczny na plażach aż roi się od namiotów miejscowych i irańskich turystów.

Upragnione przedłużenie wizy
Upragnione przedłużenie wizy

[wp_ad_camp_1]

Z domu Omida wyjechaliśmy przed ósmą rano, tak aby na posterunku być jako pierwsi petenci. Od razu uśmiechnęło się do nas szczęście, bo już na po kilkuset metrach zobaczyliśmy, że po kilku dniach w końcu otworzono naszą kafejkę internetową i pierwsze zadanie, które polegało na kopiowaniu stron naszych paszportów zostało nadspodziewanie szybko wykonane. W centrum miasta bez problemów znaleźliśmy bank, w którym należało wpłacić opłatę za wizy, jeden z urzędników obeznany z tematem przedłużania wiz poprowadził nas jak przedszkolaków za rękę od okienka do okienka oraz pomógł wypełnić kłopotliwe druczki po persku. Zadanie numer dwa zostało wykonane po 10 minutach, coś niespodziewanie szybko. Teraz zostało nam już tylko kilka kilometrów do wschodniej części miasta do posterunku policji. Na miejscu zobaczyliśmy otwartą bramę – dobry znak, przynajmniej wiemy, że urzędnicy dzisiaj pracują. Na stróżówce dyżurny pozbawia nas telefonów komórkowych, które trafiają do depozytu, zostawiamy też nasze rowery pod czujnym okiem wartownika i w końcu podążamy labiryntem korytarzy do osławionego okienka, przy którym poznana przez nas ostatnio Larissa wymuszała na policjantach wizę płaczem. Może z nami tak źle nie będzie? Ku naszemu zdziwieniu przy okienkach nie ma ani jednego petenta, jesteśmy pierwsi. Znudzeni policjanci wyglądają tak, jakby na nas czekali. Poznajemy, że w jednym z okienek siedzi człowiek, który kilka dni temu ubrany w dres z zaspaną miną podawał nam wzory dokumentów do wypełnienia. Składamy komplet papierów w jednym z okienek, kilka pytań o naszą podróż i oczywiście o to, gdzie śpimy w Bandar Abbas, bez mrugnięcia okiem kłamiemy, że naszym domem jest namiot na plaży i opowiadamy historię o naszej rowerowej podróży. Udało się, policjanci są nas ciekawi i kupują naszą bajkę o namiocie. Najstarszy z urzędników zakłada nam teczki i dodatkowo musimy zapłacić tysiąc tomanów (0,30$) opłaty za artykuły biurowe. Teraz już możemy tylko czekać. W międzyczasie pokój dosłownie zalewa fala ludzi ubiegających się o przedłużenie wiz. Po paszportach poznajemy, że ludzie wokół nas pochodzą z Afganistanu, Pakistanu, Bangladeszu, Indii a także Turcji i Emiratów Arabskich. Gdy czekamy na nasze paszporty, dosiada się do nas młody Afgańczyk, który bardzo dobrze mówi po angielsku. Dowiadujemy się od niego, że ci wszyscy ludzie odbywają co miesiąc pielgrzymkę do posterunku policji w celu przedłużenia swojego pobytu. Afgan bardzo narzeka na biurokrację i ludzi w Iranie, mieszka i studiuje tutaj od kilku lat, ale nie jest zadowolony z tego, jak jest traktowany przez Persów.

[wp_ad_camp_1]

Po dwóch godzinach w końcu jesteśmy wezwani do okienka po odbiór paszportów. Jeszcze tylko musimy pokwitować odbiór dokumentów naszymi odciskami palców i z wizami przedłużonymi do 5 maja możemy udać się do naszej znienawidzonej agencji turystycznej po bilety do Dubaju. Przez miasto lecimy jak na skrzydłach, po drodze wpadamy jeszcze na pocztę, żeby wysłać zaległą pocztówkę z Iranu do Doroty i Emila. Urzędnik pocztowy wierzy nam na słowo, że pocztówki do Polski kosztują 2 tysiące tomanów, sam nie może znaleźć informacji o cenie znaczków w swoim podręczniku.

W agencji turystycznej już na wejściu ledwo mogę utrzymać nerwy na wodzy, gdy pani z okienka odsyła mnie na fotel, żeby poczekać na przyjęcie, gdy ona sama oddaje się kilkunastominutowej rozmowie telefonicznej przez komórkę ze swoim znajomym. Po kolejnych trzydziestu minutach w końcu udaje mi się dowiedzieć, że są bilety na najbliższy poniedziałek z Bandar Abbas, czyli jak wszystko się uda w końcu po prawie dziesięciu dniach, pojutrze będziemy mogli opuścić Iran. Gdy dostaję bilety do ręki w myślach postanawiam, że już ich tak łatwo nie oddam, jak ostatnim razem. Na zakończenie pani się jeszcze mnie pyta, czy mogę jej donieść kserokopię naszych paszportów. W tym momencie już nie wytrzymuję i mówię w kilku prostych słowach, co myślę o jej pracy i agencji turystycznej z Bandar Abbas (kopię paszportów były robione już dwukrotnie dla agencji).

Podobno Azja uczy ludzi cierpliwości, moja się wyczerpała dla agencji Bala Parvaz w Bandar Abbas przy Imam  Khomeini Boulevard.

Z biletami w ręku, szczęśliwi, w końcu wracamy do przytulnego i klimatyzowanego mieszkania Omida. Po drodze wstępujemy jeszcze na lody różane, które Aga uwielbia – taka mała nagroda dla nas za wytrwałość i cierpliwość.

Wieczorem w mieszkaniu oglądamy kolejny z filmów z Omidowej kolekcji. W pewnym momencie rozlega się dźwięk naszej irańskiej komórki. Patrzę na wyświelacz – numer nieznany. Wymieniamy spojrzenia z Agą i w głowie oboje mamy tę samą myśl. Poprzedni taki telefon oznaczał odwołanie promu do Dubaju. Odbieram z wahaniem telefon. Co za ulga, to tylko Omid dzwoni ze służbowego telefonu, że wróci dziś później z pracy…

O wizach irańskich i wymaganych dokumentach powstanie osobny wpis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *