Weekend na wsi

Posted on Posted in Iran

Przeziębieni, zwłaszcza Aga, z gorączką i cieknącym nosem wsiedliśmy na rowery. W jednej ręce trzymaliśmy chusteczki, a w drugiej jeszcze machaliśmy Alemu i Sarze na pożegnanie. Droga była płaska, brudna i właściwie mało ciekawa. Ruch był potężny, ale na szczęście ta droga miała asfaltowane pobocze. Mimo choroby, pobiliśmy tego dnia nas rekord – 90 km w 6 godzin wraz z przerwami na obiad i małe przekąski.

List z życzeniami dla nas i naszej podróży
List z życzeniami dla nas i naszej podróży

[wp_ad_camp_1]

Gdy zbliżał się wieczór, wjechaliśmy w rejon przydrożnego lesistego pastwiska i postanowiliśmy przenocować ukryci gdzieś za drzewami. Z miłą perspektywą zbliżającego się snu odpoczywaliśmy w cieniu jakiegoś niskiego krzewu, oglądając sobie wielkie czarno-białe chrabąszcze i potężne pająki krzyżujące swe ścieżki w miejscu naszego wymarzonego obozowiska. Tak jak i ścieżkę plany pokrzyżował nam pewien Irańczyk, który postanowił uratować nas przed „niebezpiecznym” noclegiem… Na migi  pokazał czego chce – najpierw przywiózł nam reklamówkę pomidorów i ogórków, chleb i wodę, a potem zmusił nas wieloma argumentami w farsi, żeby jednak przespać się w u niego. Chyba dla świętego spokoju się zgodziliśmy. Teren, na którym chcieliśmy rozbić namiot, pokrywały sterty suchych jak wiór ostrych patyków i ostów, niestety wbijających się z łatwością w opony. Szybko złapaliśmy gumę i gdzieś przy stadzie owiec w połowie drogi zmienialiśmy dętkę. „Domek” okazał się małą warownią chroniącą antenę telefonii Irancell. Sam gospodarz był po prostu strażnikiem tego przybytku i spędzał noc zamykając się w metalowej klimatyzowanej puszce z elektroniką. Rozbiliśmy namiot między murem a puszką i mogliśmy spędzić noc w najbardziej bezpiecznym miejscu na świecie. Pole magnetyczne zapewne było tak duże, że nie straszne nam były wszelkie kosmiczne najazdy.

Wnętrze naszej fortecy
Wnętrze naszej fortecy

Iran

Poprzedni dzień był wyczerpujący – choroba i kilometry rozłożyły Agę na dobre. Szybko dojechaliśmy do Ahvaz, z którego postanowiliśmy wziąć autobus do naszego znajomego z autobusu z Sanandaj Abdolahha. Po wielu pertraktacjach siedzieliśmy w autobusie do Behbahan – miasteczka w połowie drogi do Shiraz.

Abdollah odebrał nas taksówką, bo jak się dowiedzieliśmy na miejscu, mieszka w wiosce niedaleko miasta Likak. Zapakowaliśmy rowery na dach i zmierzaliśmy do Black lion – rodzinnej wioski Abdollaha.

Wioska położona była wśród niskich gór, pokrytych wiosenną żywą trawą, skubaną przez stada owiec i kóz. Jego dom wybudowano na jej skraju, dzięki czemu mieliśmy piękne widoki. Abdollah przyjechał do rodziny na Nowruz – Nowy Rok. W domu przywitała nas mama, tata, siostra, bracia… Później siostra, wujowie, kuzynki i ciotki. Byliśmy zachwyceni wiejską gościnnością i otoczeniem. Budynki gospodarcze były zbudowane z gliny, nie było łazienki, tylko toaleta ukryta gdzieś przy obórce dla kóz. Prawdziwa irańska wieś.

Wioska wśród "zmiętych" gór
Wioska wśród „zmiętych” gór
Podwórko domu naszego gospodarza
Podwórko domu naszego gospodarza

Iran

Młode kozy
Młode kozy

Zjedliśmy kebab z jogurtem z koziego mleka na kolację, na deser skubiąc granaty przy akompaniamencie dulcimera, irańskiego instrumentu. Oczywiście wzbudzaliśmy wielkie zainteresowanie, siostra Abdollaha wstydziła się bardzo, właściwie tak samo jak my. Nasz znajomy oprowadził nas po gospodarstwie, a następnie zostaliśmy przedstawieni najstarszemu wujowi, głowie wielkiej rodziny i jego licznym córkom. Te wstydziły się jeszcze bardziej, gdy weszliśmy do ich domu, uciekały, chowały się, odwracały z nieśmiałością twarze. Było dość ciężko oswoić się z nimi, ale po upływie pół godziny niezręczność powoli mijała i mogliśmy zrobić tym pięknym twarzom zdjęcia. Wuj wypytywał o nasz kraj, import, eksport, w ogóle sytuację ekonomiczną i zarobki – to, co każdy mężczyzna musi wiedzieć… Dziewczyny, mimo swej nieśmiałości, jednak się do nas przekonały, co okazało się następnego dnia. Najmłodsza przedstawicielka  wszystkich cór wręczyła nam przy śniadaniu przepiękny list – o życzeniach na naszą podróż i pewnego rodzaju błogosławieństwem. Niestety Abdollah nie potrafił tego przetłumaczyć, może ktoś będzie nam potrafił wyjaśnić sens w innym miejscu.

[wp_ad_camp_1]

Tuż jednak po wizycie wróciliśmy do domu z nadzieją snu, ale jeszcze długo przysłuchiwaliśmy się ciszy panującej wokół przerywanej graniem i śpiewaniem lokalnych muzyków, odwiedzających każde podwórko i obwieszczających nadchodzące wesele. Gdy cisza znów wróciła, szybko zasnęliśmy.

Ciotka Abdollaha
Ciotka Abdollaha
Kuzynki Abdollaha
Kuzynki Abdollaha
Mama, siostra i brat wraz z Abdollahem
Mama, siostra i brat wraz z Abdollahem
Abdollah umilał nam czas grając na irańskim instrumencie
Abdollah umilał nam czas grając na irańskim instrumencie

 

 

 

4 thoughts on “Weekend na wsi

  1. Dear Aga and GreG
    Hi,how are you?
    I see this information now and I glad,
    where are you know?

    1. Hi, nice to see you online again. We are in India in Himalaia, in few days we are going to Nepal.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *