Trekking na Patalesh-Patalsu

Posted on Posted in Indie

Od dłuższego czasu marzyliśmy z Agą o trekkingu w Himalajach. Już w Shimli szukaliśmy informacji o szlakach górskich, ale jedyne co znaleźliśmy, to organizowane wyjścia w góry z przewodnikiem za kosmiczne dla nas pieniądze. Jedna z agencji zaproponowała nam 5-dniowy trekking za kwotę 50000 rupii od osoby, czyli 2500 złotych. Nie, dziękujemy, sami sobie zorganizujemy trekking i sami wniesiemy nasze plecaki na górę.

Ola z Emilie. Wychodzimy z wioski
Ola z Emilie. Wychodzimy z wioski

Do Manali jechaliśmy dopingowani przez Olę, dziewczynę, która wraz ze znajomym Piotrem wyruszyła w styczniu (jak my) autostopem w podróż dookoła świata. O Oli na pewno jeszcze od nas usłyszycie, jej przygody z podróży są warte osobnego wpisu. Umówiliśmy się już kilka dni wcześniej na spotkanie w Manali, a jak się później okazało, spotkanie zaowocowało wspólną organizacją trekkingu.

O samym szczycie Patalesh, nazywanym przez miejscowych Patalsu, usłyszeliśmy od Hindusa prowadzącego agencję turystyczną. Wysokość 4472 m n.p.m brzmiała dumnie. Pierwszy raz w Indiach udało nam się spotkać kogoś, kto chce nam pomóc w organizacji naszego wolnego czasu, nie chcąc od nas pieniędzy. Raj udzielił nam wszelkich niezbędnych wskazówek, jak dojść, co omijać i na co uważać. Rady okazały się bezcenne, bo niestety w Indiach nie oznacza się szlaków górskich, ani nie rozpowszechnia map topograficznych górskiego terenu. Raj był tak miły, że pożyczył nam za darmo swój górski plecak, bo ciężko by było chodzić po górach z sakwami rowerowymi:)

Mając już wszystkie informacje o górze mogliśmy zabrać się za przygotowanie wyprawy. Na Patalesh mieliśmy pójść w sześcioro – ja z Agą, Ola ze swoim znajomym Piotrem, Emilie – Francuska, która podróżuje od dłuższego czasu z Olą, oraz Phil – Australijczyk poznany przez Olę w hostelu.

Jako pierwsza z ekipy wykruszyła się Aga, lekkie przeziębienie się nasiliło i pojawiła się wysoka gorączka i problemy z brzuchem, przełożyliśmy zatem wyjście o jeden dzień, żeby mogła pójść, niestety poprawy nie było. Później zrezygnował Piotr, który zmienił plany na rzecz krótkiej trasy po okolicach wypożyczonym Royalem Enfieldem.

Ostatecznie ruszyliśmy we czworo, plan zakładał przedostanie się autobusem do Solang, miejscowości położonej 14 km na północ od Manali. Oczywiście wszystko musiało iść jak po gródzie – wszystkie możliwe autobusy zdążyły nam odjechać sprzed nosa, a miejscowi taksówkarze widząc białych żądają kwot, których zapewne w życiu nie widzieli. Bilet autobusowy kosztuje 15 rupii, standardowo taksówka do Solang powinna kosztować maksymalnie 300 rupii, a cena wyjściowa dla białych to 1400 rupii. Czasem mamy już dość pazerności Hindusów. Ostatecznie udało nam się złapać autobus do miejscowości położonej o 3 km od Solang, a dalszy odcinek pokonaliśmy autostopem (bardzo się zdziwiłem, że ten sposób podróżowania działa w Indiach). Zresztą Ola na pewno mogłaby o tym opowiedzieć więcej, w końcu pokonała już paręset kilometrów w Indiach wystawiając kciuk.

Solang to górska wioska, która przede wszystkim słynie z paralotniarstwa. Widzieliśmy kilku śmiałków szybujących na lotniach wzdłuż doliny, wyglądało to na prawdę fajnie.

Sam szlak na Patalesh zaczyna się w samym centrum wioski, wystarczy popytać miejscowych i od razu zna się odpowiedni kierunek. Na początek chwiejne trzy mostki przez rwące strumienie, a potem przez malownicze pola uprawne czeka powolna wspinaczka schodami do góry do kolejnej wsi. We wsi na zboczu góry trzeba znowu pytać o drogę – wąskie uliczki i żadnych drogowskazów, błądzimy chwilę między chałupami, aby po chwili znaleźć odpowiedni kierunek marszu. Miejscowi chłopcy próbują wykorzystać okazję i oferują swoje usługi zaprowadzenia nas na szczyt. Czy nastolatki nie powinny być o tej porze w szkole? Stanowczo dziękujemy. Za wioską ścieżka idzie ostro w górę, ślad często się urywa i idziemy trochę na „azymut”, czyli według wskazówek przekazanych nam przez Raja w Manali. Grzbiet góry wyrastający z Solang trzeba mieć cały czas po prawej i trzymać się jego zbocza.

India

Do grupy dołączyły też psy, odgonione później przez pasterzy
Do grupy dołączyły też psy, odgonione później przez pasterzy

India

Dla łazików górskich - czterotysięczniki można zdobywać bez butów górskich, w piżamowych spodniach i bez specjalnego sprzętu:)
Dla łazików górskich – czterotysięczniki można zdobywać bez butów górskich, w piżamowych spodniach i bez specjalnego sprzętu:)

W międzyczasie na jednym z postojów (na uzupełnienie kalorii) zostajemy zaskoczeni przez miejscowego złodziejaszka. Chwila nieuwagi i leżąca obok nas paczka herbatników staje się łupem kruka. Ptak nic sobie nie robił z naszej obecności i błyskawicznie w locie zwędził nam całą paczkę. Phil postanowił odebrać naszą własność i po 15 minutach uganiania się za ptakiem po okolicznym polach wrócił dumny ze skradzionym fantem. Punkt dla nas.

Phil i kruk, kruk i Phil:)
Phil i kruk, kruk i Phil:)
Przedstawiamy sylwetkę Phila
Przedstawiam sylwetkę Phila. Ziewanie niestety nie dostarczyło mu dość tlenu, żeby móc go zachować na potem i walczyć ze szczytem
Pasące się kozy
Pasące się kozy i…
...pasące się konie
…pasące się konie

Po około 3 godzinach marszu z Solang docieramy wreszcie do miejsca kempingowego, malowniczej polany pośrodku lasu. Zgodnie ze wskazówkami uzyskanymi wcześniej, zastajemy obóz namiotowy miejscowych górali. Agencje sprzedają białym turystom produkt pod nazwą „trekking na Patalesh Peak”. Koszt takiej imprezy to 2000 rupii za dzień od głowy, a jego zaletą jest to, że nie trzeba iść z plecakiem:) Jedzenie czeka już w obozie górali, namiot też jest już rozstawiony, a przewodnik prowadzi za rękę na szczyt. My wolimy zrobić to sami.

India

Phil próbujący dojść do siebie
Phil próbujący dojść do siebie

Po dotarciu do obozu miejscowi wskazują nam najlepsze miejsce na rozbicie namiotu i zapraszają do siebie po wodę oraz na wieczorne ognisko. Namioty stawiamy w ekspresowym tempie i przygotowujemy mały posiłek – chleb, pomidory, ziemniaki, kilka paczek ciastek i zupki instant – to nasz prowiant na 3 dni. Niestety Phil kiepsko znosi wysokość. Jesteśmy dopiero na około 3000 m n.p.m., a on już ledwo stoi na nogach. Postanawia zostać na noc i z samego rana wrócić z powrotem do Manali.

Wieczorem poszliśmy odwiedzić miejscowych, którzy prowadzą kuchnię dla leniwych turystów, dysponują 6 namiotami dla gości oraz kilkoma służącymi za pomieszczenia gospodarcze. Obóz jest prowadzony przez dwóch Tybetańczyków, jeden z nich zabrał ze sobą swojego kilkuletniego wnuczka. Przy namiotach stoją jeszcze narty, które były przydatne jeszcze kilka tygodni temu. Miejscowi opowiadają nam, że kilka dni temu na naszej polanie pojawiła się mało przyjemna niedźwiedzica z młodym, która zaatakowała i zabiła źrebaka pasącego się pod lasem. Teraz na pewno będziemy mieli przyjemny sen.

Poranek wita nas wyśmienitą pogodą, szybkie śniadanie i pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy do jednego, wspólnego plecaka. Phil rusza w powrotną drogę do Manali, a my we trójkę za wskazówkami miejscowych górali zaczynamy powolną wspinaczkę przez las. Do szczytu jest podobno 3 godziny drogi, ale biorąc pod uwagę przewyższenie i informację od miejscowych, że nasz obóz znajduje się na wysokości 2000 m n.p.m., mimo że Manali usytuowane jest na niewiele poniżej, nie wierzymy w ani jedno ich słowo, po prostu nic się nie zgadza. Po 30 minutach wędrówki naszym oczom ukazuje się zielona, pofalowana polana. Od razu przypomina mi się Shire, kraina Hobbitów z Władcy Pierścieni. Widok jest naprawdę zachwycający. Z każdej strony otaczają nas ośnieżone szczyty indyjskich Himalajów.

India
Obozowisko z miejscowymi

India

India

India

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *