Treking na Everest Base Camp – część 2

Posted on Posted in Bez kategorii

Lukla, spośród wszystkich miejscowości na szlaku, była miejscem, do którego chyba najbardziej pragnęliśmy dojść – idąc w stronę Base Campu, jak i wracając. W pierwszą stronę ciągle nam się oddalała. Szczerze nie znosiliśmy tego miasta, ale nienawiść wkrótce zamieniła się w miłość, zwłaszcza w drodze powrotnej.

Mapa szlaku od Lukli do Everest Base Camp
Mapa szlaku od Lukli do Everest Base Camp

Lukla to niewielkie miasteczko skupione przede wszystkim wokół turystyki, a dokładniej lotniska, na które przylatują głównie obcokrajowcy chcący doczłapać się do Base Campu. Wiosną pojawiają się bardziej profesjonalni himalaiści, bo właśnie wtedy panuje główny sezon wspinaczkowy na jedne z najwyższych gór świata. Oś Lukli stanowi „deptak” z pensjonatami, hotelami i kawiarniami dla turystów (i Starbucks też się tu znajduje) oraz charakterystycznymi piętrowymi domami samych mieszkańców.

W trybie natychmiastowym znaleźliśmy hotel, bank (wreszcie upragnione pieniądze) i sklep, czyli wszystko, co wtedy potrzebowaliśmy. Obolali, ale uradowani tuż po zdjęciu plecaków przyznaliśmy, że należy nam się dwa dni odpoczynku. Podczas nich upraliśmy wszystkie rzeczy, nasyciliśmy się internetem, atmosferą modłów mnichów buddyjskich i thankami. Byliśmy gotowi wyjść w górne partie szlaku.

Lądujący samolot
Lądujący samolot
Wyładunek towarów
Wyładunek towarów
Samolot startujący
Samolot startujący
Szerpa z towarem z samolotu
Szerpa z towarem z samolotu
Bęben buddyjski
Bęben buddyjski
Mnisi i nudzący się mniszkowie klasztoru w Lukli
Mnisi i nudzący się mniszkowie klasztoru w Lukli
Szerpowa kobieta przybyła na modły
Szerpowa kobieta przybyła na modły

Nepal

Czas na posiłek. Szerpowe kobiety ubrane w swe tradycyjne stroje. Tym razem poczęstowano nas tylko herbatą, choć bardzo liczyliśmy na jakiś dhaal bhat. A herbata była wyjątkowo nie dobra - z mlekiem, masłem i solą
Czas na posiłek. Szerpowe kobiety ubrane w swe tradycyjne stroje. Tym razem poczęstowano nas tylko herbatą, choć bardzo liczyliśmy na jakiś dhaal bhat. A herbata była wyjątkowo nie dobra – z mlekiem, masłem i solą

Pierwszą bazą noclegową był Benkar, wioska z pensjonatami tuż przez wspinaczką do słynnego Namche Bazar – miasteczka Sherpów. Trasę pomiędzy nim a Luklą można przejść w jeden dzień, ale naszym rytmem głównie dyktował deszcz, który zaczynał padać około 16. Zresztą większość wędrowców zatrzymuje się gdzieś w okolicy wejścia do Parku Narodowego, czyli tuż przed ostatnim stromym podejściem (około 1000 m przewyższenia na bardzo krótkim odcinku).

Byliśmy pełni nadziei ujrzeć najwyższe szczyty Himalajów, zwłaszcza że nasza ciekawość została podsycona już w Sete. Mieliśmy wrażenie, że pogoda się poprawia i może już nie będziemy pokonywać wysokości tylko i wyłącznie w chmurach. I tym razem poranek był łaskawy. Były chmury, ale zza nich wyłoniły się jakieś białe góry. Nie były to jeszcze te wyczekiwane, ale co dzień było coraz lepiej.

Niedaleko Benkaru, w miejscowości Monjo znajduje się granica Parku Narodowego. Ale zanim się do niego dotrze, należy przejść jeszcze kilka punktów kontrolnych. Na jednym z nich stało się to, co podświadomie przeczuwaliśmy już od pierwszego dnia trekingu. W Shivalayi zakupiliśmy „wymagane” niebieskie książeczki upoważniające do poruszania się na chronionym obszarze. Wyjaśniono nam, że to nie jest to samo, co tzw. „TIMS Card” (książeczka ze zdjęciem, która pozwala na trekingi w całym kraju), ale powinna wystarczyć, gdy przekroczy się granicę Lukli. Otóż o mały włos, a musielibyśmy kupować kolejną. Pan siedzący w budce oczywiście domagał się książeczki ze zdjęciem. Próbowaliśmy przekonać go, że zostaliśmy poinformowani o zgodności naszej z tą ze zdjęciem. Wściekłość narastała z obu stron, a szalę goryczy przelał pewien nepalski przewodnik grupy Hindusów. Nagle wtrącił się i prawie krzyczał, że to nie jest właściwy papier i musimy kupić dodatkowy (za kolejne 2000 rupii). Bezczelnie jeszcze powiedział, „że jak się idzie na taki treking, to trzeba wszystko sprawdzić”. Oczywiście miał rację, ale właściwie pytaliśmy się już o te książeczki w Kathmandu i poświadczono nam, że kupimy je na szlaku. Tak zostaliśmy wprowadzeni w błąd i bez sensu zakupiliśmy jakieś błękitne, których nikt nie sprawdzał po drodze. Po chwilowej wymianie zdań Ola zauważyła tablicę, na której jedna z informacji pasowała jak ulał do naszej sytuacji – turyści posiadający błękitną książeczkę nie muszą legitymować się książeczką ze zdjęciemJ I zaczęło się. Kłótnie, krzyki, domaganie się rozmowy z szefami. Tylko czemu przewodnik Hindusów tak bardzo chciał nam zaszkodzić? Może dlatego, że szliśmy właśnie bez przewodników i tragarzy?

Po jednym z telefonów chyba przyznano nam rację, bo puszczono nas bez dodatkowych opłat. Jednego się tylko nie mogliśmy pozbyć – Hindusów i ich przewodnika. Towarzyszyli nam już do samego Base Campu. Podczas gdy z Hindusami mieliśmy dobry kontakt, z ich przewodnikiem kontaktu nie było w ogóle. Odwracał głowę na nasz widok. Baliśmy się trochę, że w kolejnych punktach nasze błękitne książeczki nie będą respektowane, ale zazwyczaj pracowali w nich młodzi żołnierze, którzy nie orientowali się chyba w wymaganiach. A gdy kupiliśmy pozwolenia na wejście do parku (3000 rupii), raczej już nikt niczego więcej nie żądał.

Wodospad tuż za bramą Parku Narodowego
Wodospad tuż za bramą Parku Narodowego

Podejście do Namche rzeczywiście było strome (z wysokości 2830 na 3440 m n.p.m. na bardzo krótkim odcinku). Na samym jego początku znajduje się wysoki wiszący most, przed którym wielu turystów zatrzymuje się z wahaniem. Mocno się kołysał, a żeby przejść musieliśmy chwilę poczekać aż tragarze z bagażem o wielkości podobnej do szerokości mostu przejdą na drugą stronę. Za Luklą znajduje się prawdziwy turystyczny szlak. Spotykaliśmy wiele grup obcokrajowców, głównie z przewodnikami i tragarzami. Niewielu zaś bez. Od razu nawiązywaliśmy nić porozumienia z wędrowcami noszącymi plecak na własnych barkach. Tak było na przykład z pewnym Hiszpanem, wracającym samotnie z Base Campu oraz parą Izraelczyków, z którą ciągle wymijaliśmy się dalej do samego Gorak Shepu. Szlak z Jiri do Lukli raczej świeci pustkami poza sezonem. Oprócz wielu nepalskich tragarzy niosących cebulę i czosnek, pary Chińczyków, dziwnego Hindusa i jednego prawie biegnącego obcokrajowca nikogo nie spotkaliśmy. Zresztą poza tragarzami i biegaczem reszta przyjechała na szlak jeepem, do miejscowości Salery. Nie wiemy natomiast jak jest na szlaku za Luklą w sezonach wiosennym i jesiennym, ale zapewne pęka w szwach.

Namche Bazar bardzo nas rozczarowało. Wyglądało w całości na dostosowane do potrzeb turystów. Zastaliśmy tam wyłącznie drogie hotele i knajpy. Większość restauracji i kawiarni było zresztą zamkniętych. Miasto od trzech miesięcy nie miało prądu, a o internecie mogliśmy zapomnieć. Ceny za zakwaterowanie przeraziły nas. Jedzenie jeszcze bardziej. Pokój za 200 lub 300 rupii nie był jakoś bardzo drogi, ale gdy dodawaliśmy ceny z karty dań, szybko rezygnowaliśmy. Znaleźliśmy (a bardziej znalazł nas) jakiś tani guesthouse. Zresztą trudno nazwać go guesthusem. Był to raczej zwykły dom z jednym pustym pokojem na parterze. W domu mieszkały matka z córką i dwójka jej dzieci. Warunki dawały wiele do życzenia, ale za to ceny wydawały się śmiesznie niskie. Szybko zaczęliśmy przezywać córkę „wariatką”. Była to kobieta o raczej dużym temperamencie. Ciągle tańczyła, a jej wzrok nazbyt często wydawał się nieobecny, szalony? Jej starsza czteroletnia córka chyba wdała się w matkę, wkrótce przezwaliśmy ją „diabeł”. Najspokojniejsza była babcia – prawdziwa, piękna szerpowa kobieta i najmłodsze dziecię. Spędziliśmy w Namche dwa dni, głównie siedząc przy latarce w jadalni i zimnym pokoju. Uznając, że drugiej i ostatniej aklimatyzacji stało się zadość, ruszyliśmy w górę. Wracając jeszcze do naszej ulubionej wariatki (w tym tekście hasło „wariatka” nie jest negatywneJ), naprawdę gorąco polecamy zatrzymanie się u tej rodziny, zwłaszcza, że można tam otrzymać darmową i raczej stuprocentową prognozę pogody. Tańcząca pani charakteryzuje się jakimiś ukrytymi zdolnościami. Żegnając się z nami przekazała nam na dziś prognozę wyjątkowo słonecznej pogody. I tak też było. Nasza wariatka zaczarowała nam chmury, bo tego dnia pierwszy raz zobaczyliśmy najwyższą górę świata (8848 m n.p.m.), Lothse (8516 m n.p.m.), Nuptse (7861 m n.p.m.) i Ama Dablam (6812 m n.p.m.). Przez kilka godzin szliśmy w ich kierunku, ciągle na nie spoglądając. Wieczorem oczywiście zaczęło padać, ale na szczęście niewiele. Wróżby raczej się spełniły.

Namche Bazar
Namche Bazar
Nasza "tańcząca pani" i mały "diabeł" :)
Nasza „tańcząca pani” i mały „diabeł” 🙂
Tamtejszy "zdun" budujący tradycyjny gliniany piec w kuchni naszych pań w Namche
Tamtejszy „zdun” budujący tradycyjny gliniany piec w kuchni naszych pań w Namche
Placki ziemniaczane. Szerpowie też mają taką potrawę, ale je się ją trochę inaczej niż w Polsce, bo z chilli
Placki ziemniaczane. Szerpowie też mają taką potrawę, ale je się ją trochę inaczej niż w Polsce, bo z chilli
Widok ze szlaku na górne partie Namche Bazar
Widok ze szlaku na górne partie Namche Bazar
Everest po lewej, tuż przy odsłaniającej go chmurze oraz Nuptse po środku
Everest po lewej, tuż przy odsłaniającej go chmurze oraz Nuptse po środku. Po prawej Ama Dablam
Tam są!
Tam są!

Nepal

Po drodze minęliśmy Tangboche, miejscowość z dużym klasztorem buddyjskim z zakazem wstępu dla kobiet i Deboche – małą wioskę ukrytą w lesie rododendronów. Doszliśmy według planu do Pangboche. Ostatni odcinek był delikatnie stromy, ale gdy tylko mija się ten etap ścieżki, czeka na turystę miła, raczej mało stroma przeprawa do samego Gorak Shep.

W Pangoboche większość guesthousów była jeszcze zamknięta. Nie mając zbyt wielkiego wyboru zatrzymaliśmy się wraz z innymi turystami w jednym. A z samego rana czekała na nas kolejna niespodzianka – Ama Dablam rzucająca cień na chmury oraz Mount Everest i Nuptse drugi raz w całej okazałości. Szczyty tych gór w tym sezonie można zobaczyć właściwie tylko rankiem. Niektórzy w ogóle nie mają szans zobaczenia Czomolungmy latem i początkiem jesieni. Mieliśmy duże szczęście. Oprócz wspaniałych widoków, ranem na tej wysokości (Pangboche 3930 m n.p.m.) jest też dość zimno. Mrozu dotychczas nie doświadczyliśmy, ale temperatury spadają blisko zera.

Chwile słabości, jakich każdy z nas doświadczył
Chwile słabości, jakich każdy z nas doświadczył
Ciemny, wilgotny las rododendronów i Ola
Ciemny, wilgotny las rododendronów i Ola
Cień Ama Dablam
Cień Ama Dablam
Everest za chmurką i Nuptse
Everest za chmurką i Nuptse
Piękna Ama Dablam
Piękna Ama Dablam

Do Pheriche (4240 m n.p.m.), miejscowości, w której chcieliśmy się następnie zatrzymać, ścieżka biegnie głównie przez wysokie lasy iglaste i kamieniste zbocze z niższą roślinnością, stupami i jedną przełęczą Pheriche (4270 m n.p.m.) po drodze. Niedaleko Pheriche znajduje się miejscowość Dingboche, do której często zmierzają turyści w drodze na Base Camp. Żeby do niej dotrzeć należy zmienić szlak. Dingoche nie jest zamieszkałe przez cały rok, więc najlepiej zapytać wioskę wcześniej, czy mieszkańcy zdążyli się sprowadzić na sezon. My nie mieliśmy wyboru, bo dopiero trzy dni po nas ktoś miał otwierać pierwszy pensjonat. Pheriche jest ostatnią wioską, w której tubylcy mieszkają przez cały rok. W Pheriche wszystkie domy przekształcono w kwatery, więc mieliśmy duży wybór. Pamiętając, że ceny są coraz wyższe, byliśmy nastawieni na wydawanie dużej ilości pieniędzy. Na szczęście trafiliśmy na wiecznie uśmiechniętego właściciela, z którym udawało się mocno zbijać ceny początkowe. Tym sposobem można było zajadać się momo do woli.

W drodze do Pheriche
W drodze do Pheriche
Nasz pensjonat o świcie
Nasz pensjonat o świcie
Poranne widoki z Pheriche
Poranne widoki z Pheriche

Nepal

Nepal

Za Namche nie robiliśmy dni aklimatyzacyjnych. Codziennie pokonywaliśmy krótkie dystanse tak, żeby nie przekraczać 400 m przewyższenia. Dlatego następnego dnia zatrzymaliśmy się w Dhukli (Thukli) (4630 m n.p.m.), miejscowości z jednym guesthousem położonej blisko przełęczy Thokla (4830 m n.p.m.). Na przełęczy znajduje się miejsce upamiętniające zaginionych na Mount Evereście. W drugiej części dnia pogoda nas nie rozpieszczała. Szliśmy ciągle w chmurach nie widząc żadnych ośnieżonych szczytów ani tego, co nas otaczało. Wilgoć podczas postojów przeszywała kości. Krajobraz szlaku mocno się zmienił. Zniknęły zalesione zbocza, a pojawiły się szerokie podmokłe doliny z niską roślinnością i górskimi kwiatami. Przed samą Thuklą byliśmy świadkami wielkiego jakowego zgromadzenia. Prawdopodobnie stado wracało ze szlaku prowadzącego do Gokyo do Namche Bazar, w którym spędzają jesień i zimę. Opiekunowie stada próbowali przeprowadzić zwierzęta przez krótki, metalowy most. Nie wyglądało to na bezpieczne zajęcie. Niektóre jaki były po prostu przerażone, ciągle uciekały w drugą stronę nie patrząc, co stoi im na drodze. Były przemoknięte (zwłaszcza małe cielątka), bo na most wkraczały bezpośrednio z lodowatej górskiej rzeki. Minęła chyba godzina zanim udało się nam przejść przez ten sam most. Staliśmy przy wejściu, co chwilę odskakując, gdy jakiś jak odważył się przebiec na drugą stronę. Nie chcieliśmy napatoczyć się ogromnemu zwierzęciu. W końcu udało się przejść, częściowo biegnąc. Thukla nie była zbyt przyjazna dla nas, ani pod względem obsługi, ani pogody. Na całą noc utkwiliśmy w deszczowych chmurach.

Zostawiamy Pheriche...
Zostawiamy Pheriche…
Przeprawa jaków
Przeprawa jaków
Jaki
Jaki

Nepal

W drodze na przełęcz Pheriche
W drodze na przełęcz Pheriche. Za nami Dhukla

Nepal

Pomniki upamiętniające zmarłych w drodze na Everest
Pomniki upamiętniające zmarłych w drodze na Everest

Nepal

Nepal

Nepal

Do Gorak Shep zostało już niewiele drogi. Szybko minęliśmy Lobuche (4910 m n.p.m.) wędrując pięknym zielono-rudawym szlakiem. Za nim musieliśmy wspiąć się na przełęcz Lobuche (5110 m n.p.m.), z którego czeka na szczęśliwców wspaniały widok na góry. Niestety te najwyższe ciągle od Pheriche były przysłonięte grubymi chmurami. Gdzieś na wysokości Dhukli zaczyna się lodowiec Khumbu ciągnący się aż do podnóża najwyższych gór. Szlak do Gorak Shep biegnie wzdłuż niego. Do przełęczy Lobuche nie byliśmy do końca świadomi, że tuż za wzgórzem mamy go po prawej stronie. Dopiero później nachodzi na niego ścieżka. Zielone otoczenie szlaku w pewnym miejscu diametralnie się zmienia. Wchodzi się na kamieniste zbocze, na którym czasem trudno dostrzec właściwy szlak. Dopiero po przekroczeniu niewielkiego mostku ścieżka jest wyraźniejsza, tak jak i lodowiec. Chodząc po rumowisku nie dostrzegliśmy na początku, że kroczymy po lodzie pokrytym kamieniami. A jaki mieliśmy widok? Taki, którego nie mogliśmy porównać z żadnym innym widzianym dotychczas. Długie szare rumowisko z zielonkawymi stawami. A na jego końcu białe stożki lodu. Miejsce niesamowite, odludne, księżycowe, kosmiczne… Gdzieś w oddali ciągle spadały jakieś lawiny. Ich odgłosy zatrzymywały nas w mgnieniu oka i za każdym razem oglądaliśmy się wokoło w poszukiwaniu ich źródła. Za którymś zakrętem wyłoniło się w końcu Gorak Shep.

Górski sposób na ogrzewanie wody
Górski sposób na ogrzewanie wody
Nepal
Tuż za zielonym wzgórzem czai się lodowiec
Gorak Shep w oddali
Lodowcowo-kamienistą ścieżką do Gorak Shep
Brama do Everestu - lodowiec
Brama do Everestu – lodowiec Khumbu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *