Treking na Base Camp – część 1

Posted on Posted in Bez kategorii

Wsiadając do autobusu nie do końca wierzyliśmy, że tak długo oczekiwany treking chyba się ziści. Byliśmy bardzo podekscytowani wędrówką, reagowaliśmy na otoczenie jakoś wariacko i wciąż niedowierzająco. Ale zanim wsiedliśmy do zatłoczonego ludźmi, kurami i telewizorami autobusu, odhaczaliśmy po kolei poranne zadania w stolicy.

Mapka szlaku do Lukli
Mapka szlaku do Lukli

Musieliśmy załatwić jeszcze kilka rzeczy, w tym zanieść rowery i sakwy do magazynu zaprzyjaźnionego Nepalczyka, a wszystko trwało to za długo, żeby zdążyć na ostatni autobus do Shivalayi – ostatniej miejscowości na szlaku, do której można dojechać czymkolwiek. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że spóźniliśmy się dwie godziny, wsiedliśmy zatem do autobusu jadącego do miejscowości Charicot oddalonej 60 km od Shivalayi. Sześciogodzinna podróż zaowocowała kilkoma przygodami. Bez emocji nie da się przejechać podobnej trasy, bo i ludzie, i droga bywają ekstremalne w tej części Nepalu.

Charicot to mała miejscowość z kilkoma hotelami i rozkopaną główną drogą. O poranku szybko byliśmy gotowi na ostatni etap autobusowej wycieczki. Ta dostarczyła nam jeszcze więcej wrażeń – błoto, utknięty w nim autobus i pourywane drogi. Po dwóch godzinach wylądowaliśmy w deszczowej Shivalayi. Była to wioska z kilkoma sklepikami i rzędem małych pensjonatów, w których ceny za posiłki bywają dwa razy droższe niż w Kathmandu. Przenocowaliśmy w jednym z nich w dość różnorodnym towarzystwie – przemiłej rodzinie właścicieli, Anglika przyjeżdżającego w te strony od wielu lat i przeuroczej, niczego jeszcze nie zapowiadającej brązowej pijaweczki przycupniętej na kraniku „pokoju kąpielowego”.

Wiedzieliśmy, że każdy wędrujący na szlakach musi posiadać książeczkę ze zdjęciem umożliwiającą wejście do każdego parku lub chronionej strefy w Nepalu. Sądziliśmy, że wyrobimy ją właśnie w Shivalayi, ale w biurze „książeczkowym” zaproponowano nam całkiem coś innego i wcale nie musieliśmy przyklejać tam swoich zdjęć. Pozwalały one na poruszanie się w strefie konserwacji natury, ale na nasze pytania o książeczki wymagane na szlaku do Base Camp, odpowiadano, że te wystarczą.

Ruszyliśmy zatem z całym ekwipunkiem i dziwnymi niebieskimi książeczkami na szlak. Wyłożony był kamieniami, tworzącymi wysokie schody. Piął się i piął. My obydwoje już zapomnieliśmy, jak chodzi się po górach z plecakami, bo sapaliśmy okropnie. Pot leciał z twarzy strumieniami. Kondycja rowerowa chyba nie przydaje się w górach. Używamy innych mięśni, a te pracujące podczas pedałowania śpią? Jak to? A Ola za to pożałowała wyboru śniadania. Pot zalewał nam oczy już całej naszej trójce. Pierwsze trzy godziny cierpieliśmy w ciszy, która nagle została przerwana krzykiem Agi. Sprawdzając łydki w poszukiwaniu tych słynnych pijawek, Aga wpadła na pomysł sprawdzenia swojego brzucha. I zobaczyła jedną z nich, ale nie tak małą jak ta z łazienki, a nawet nie tak małą, jakby się najadła. Pijawka z brzucha Agi spuchła do rozmiarów kciuka. Znalazła sobie ciche, ciemne miejsce na picie krewki. Nikt jej nie przeszkadzał, dopóki w Adze nie obudziła się jej natura panikary. Od tamtego czasu odpoczywaliśmy co pół godziny, czekając na to, aż sprawdzi wszystkie kończyny.

Plecaki na starcie
Plecaki na starcie
Porter gdzieś na szlaku. Zobaczcie tylko jego łydki...
Porter gdzieś na szlaku. Zobaczcie tylko jego łydki…

Tego dnia zaplanowaliśmy dojść do Bandar, do którego, według miejscowych, miało być tylko 4 godziny drogi. Może mieli rację, ale nie dane nam było tego sprawdzić, bo zboczyliśmy ze szlaku. Długo brodziliśmy przez błota i otchłanie niezbyt przetartych trawiastych szlaków zanim któryś z miejscowych zwrócił nam uwagę, że to chyba nie jest dobry kierunek. W tym momencie, oprócz pijawek, zaatakowało nas zdenerwowanie i deszcz. A do Bandar zostało jeszcze około 2 godzin wędrówki. Doszliśmy w końcu, ale nie do Bandar. Umęczeni pierwszym dniem, z trzema pijawkami na koncie (Ola nie zaliczyła żadnej, zaczęliśmy podejrzewać, że obślizgłe krwiożercze stworzenia odstrasza jaskrawość koloru) postanowiliśmy zanocować w Deurali. Wkrótce zaczęło padać i zostało tak już do rana. W Deurali zaskoczyły nas całkiem wysokie ceny. Spodziewaliśmy się wyższych, ale nie aż tak – 200 rupii za pokój, 230 frytki, 300 za dhaal bhat. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że takie ceny były standardem kilka miejscowości dalej, a im głębiej na szlaku, tym ceny rosły i rosły do samego jego końca.

Następnego dnia kilka godzin po starcie znów zaczęło padać. Pokonując dziwne skróty i znajdując właściwy szlak z pomocą azymutu doszliśmy w końcu do Bandar. Przycupnęliśmy pod jakimś daszkiem sklepu czekając na koniec ulewy. Zatrzymaliśmy się w pensjonacie siostry właściciela hotelu z Shivalayi, mieszkającej niedaleko Bandar. Mieliśmy do niej dotrzeć poprzedniego dnia. Wiedząc o nas, wysłała swojego syna, żeby mógł nas znaleźć i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Tego dnia padało cały czas, zamiast pokonywać kilometry, graliśmy godzinami w karty i tryktraka.

Nazajutrz znów nasze plany pokrzyżował deszcz. Padało od rana, lało po 15 minutach wędrówki. Szlak wiódł przez niewysokie trawy (pijawki!), które wkrótce zostały pokryte kałużami. Przesiedzieliśmy czas największej ulewy w jakiejś małej restauracyjce, zabijając czas graniem w karty oraz sprawdzając kończyny, czy aby czasem jakaś mała lub wielka pijawka nie znalazła na nich tymczasowego adresu. Szlak znów porastały trawy, ale tym razem wysokie, w których schronienie znalazły sobie krwiożercze istoty. Dotarliśmy do Kinji z kilkoma na łydkach.

Hotel w Kinji
Hotel w Kinji

Kinja to urokliwa wioska z dwoma wiszącymi mostami, uliczkami wyłożonymi kamieniem i kwiatami wiszącymi z parapetów. Zatrzymaliśmy się w pensjonacie Sherpa, w którym pierwszy raz spróbowaliśmy lokalnego piwa i wina. Było nam za dobrze w tym hotelu, ociągaliśmy się ze śniadaniem bardzo długo. Może też dlatego, że według mapy tego dnia czekała nas wspinaczka w kierunku przełęczy Lamjura (3530m n.p.m.) z wysokości 1300 m n.p.m. Udało się nam dotrzeć tylko do Sete, miejscowości położonej bliżej Kinji niż przełęczy. W pensjonacie, w którym przenocowaliśmy, znaleźliśmy dwa polskie akcenty – jajecznicę z „kurkami” (powszechne w górach grzyby, przypominające nasze kurki) i czasopismo Zwierciadło. Kto zostawił?

Wino i piwo, piwo i wino, co jest czym?
Wino i piwo, piwo i wino, co jest czym?
Kuchnia gospodyni pensjonatu w Kinji. Wszystkie domy w górach posiadają gliniane paleniska, na których gotuje się posiłki
Kuchnia gospodyni pensjonatu w Kinji. Wszystkie domy w górach posiadają gliniane paleniska, na których gotuje się posiłki

Droga do przełęczy pięła się nieustannie. Ciągle patrzyliśmy w niebo w poszukiwaniu deszczowych chmur. Oby tylko jeszcze nie padało, obyśmy doszli na przełęcz – krzyżowaliśmy palce…

Pod górę...
Pod górę…
Chmury już nadciągają
Chmury już nadciągają

Dotarliśmy do miejsca wyglądającego jak przełęcz. Właściwie przed Luklą na szlaku nie znajduje się tablic informujących turystów na jaką wysokość docierają. Najczęściej do tego celu służą szyldy guesthousów. Tak było i w tym przypadku. Szyld domu poinformował nas, że jesteśmy już na Lamjura. Obowiązkowo zatrzymała nas na niej ulewa. I chyba wiedziała, co robi, bo zjedliśmy u babuszki najpyszniejszą zupę Sherpów, jaką kiedykolwiek mogliśmy spróbować. Oprócz podstawowych składników w postaci ziemniaków, kluseczków, kolendry i czosnku, miała zawartość „kurek”! Gdy z żalem zjadaliśmy ostatnie kluski, niebo rozkazało, żeby przejść jeszcze kawałek. Na szczęście będzie w dół? Przełęcz jeszcze ponad godzinę ciągnęła się delikatnie w górę. Gdy deszcz postanowił, że mamy się zatrzymać, akurat dochodziliśmy do… przełęczy, o czym znów się dowiedzieliśmy z szyldu jakiegoś obskurnego pensjonatu. W okolicy nie było żadnych miejscowości ani innych guesthousów, zatem trzeba było spać w pomieszczeniach, które częściowo wypełnione były stertami ziemniaków. Za to kuchnia niezbyt miłej właścicielki zniewalała – zupa czosnkowa na kolację i Sherpów na śniadanie dała nam dużo energii. Niestety noc nie należała do najprzyjemniejszych – ulewy na zewnątrz i kropienie na głowy wewnątrz pokoju.

Zupa Sherpów. Zdjęcie tej z grzybkami
Zupa Sherpów. Zdjęcie tej z grzybkami
Poranek. Dotychczas chmury nawet rankiem nie pozwoliły na odsłonięcie białych szczytów
Poranek. Dotychczas chmury nawet rankiem nie pozwoliły na odsłonięcie białych szczytów
Domy na przełęczy Lamjura
Domy na przełęczy Lamjura
Kuchnia pensjonatu na przełęczy. Przy palenisku ogrzewający się dziadek, przy herbacie tragarze
Kuchnia pensjonatu na przełęczy. Przy palenisku ogrzewający się dziadek, przy herbacie tragarze
Pamiątki rodzinne i buddyjski ołtarzyk. Obowiązkowo portrety w ubiorze pewnej marki ubraniowej
Pamiątki rodzinne i buddyjski ołtarzyk. Obowiązkowo portrety w ubiorze pewnej marki ubraniowej

Z przełęczy schodziliśmy bardzo długo. Szlak jest bardzo kamienisty i wiedzie przez gęsty wilgotny las. Po drodze znajdują się tylko trzy guesthousy. Zakodowaliśmy to w głowach na wypadek powrotu tą samą drogą do Shivalayi. Po trzech godzinach doszliśmy do wioski Junbesi i tradycyjnie zatrzymała nas w niej ulewa. Szybko zasmakowaliśmy się w klimacie wioski, począwszy od pięknego guesthousu z książkami, przez niskie ceny w następnym, w którym się zatrzymaliśmy, po świątynię buddyjską, w której częstowano nas herbatą i ciastkami. W następnym dniach deszcz dalej dyktował nam plan trekingu. Gdy tylko zbliżaliśmy się do jakiejś miejscowości, krople zaganiały nas do zimnych, acz suchych jadalni pensjonatów. Z Junbesi ścieżka pnie się na przełęcz Taksindu (3070 m n.p.m.), ale tuż przed nią zatrzymaliśmy się w miejscowości Ringmu. Mieliśmy wszystkiego dość, pijawek (głównie Aga), mokrych ciuchów, bolących kolan i rozkazującego monsunu. Do wyjątkowo ciepłego, bo ogrzanego kozą na naszą prośbę, pensjonatu zanęciła nas muzyka. Już nie musimy wspominać, że głównym powodem rychłego końca codziennych zmagań był deszcz. Ale znów wiedział, co robi. Pierwszy raz spróbowaliśmy tam chhang – lokalnego alkoholowego trunku, który stał się miłością Agi na całe życie. W smaku przypominał jej żurek, zwłaszcza wtedy, gdy się go podgrzeje. Niestety suche rzeczy podsuszone kozą stały się na nowo mokre po otwarciu wczesnym rankiem przez właścicielkę okien.

Na szlaku próbujący dojrzeć cokolwiek w chmurach
Na szlaku próbujący dojrzeć cokolwiek w chmurach
stupa w Junbesi
stupa w Junbesi
Strop z mandalami w bramie w Junbisi
Strop z mandalami w bramie w Junbesi
Szkoła
Szkoła

Nepal

Dzieciaki w Junbesi
Dzieciaki w Junbesi

Nepal

Tablice informujące w wioskach górskich
Tablice informujące w wioskach górskich
We wnętrzu buddyjskiej świątyni
We wnętrzu buddyjskiej świątyni

Nepal

Chhang
Chhang

Droga na przełęcz chyba nie była taka straszna, bo gdy już wracaliśmy kilka tygodni później, żadne z nas nie mogło sobie przypomnieć tego odcinka. Na jej szczycie znajduje się brama, przez którą przeszliśmy z nadzieją niemęczącego kolejnego etapu. Oczywiście, jak na większość przełęczy przystało, było w dół, ale niestety stromo partiami i dłuugo.

Szybko minęliśmy wioskę Nuntala i kolejne domu na trasie do Jubhing. W górę, w dół, w górę, w dół, most, w górę, w dół, most – tak mniej więcej wyglądała ścieżka tamtego dnia. Gdzieś po drodze spotkaliśmy parę Chińczyków, z którymi ciągle wymijaliśmy się na szlaku. I do nich przykleił się pewien dziwny, chyba hinduski turysta, który wędrował z Jiri bez żadnego bagażu. Dzierżył w dłoni tylko kij do podpierania, czasem gryzł jakieś trawki, ale plecy miał wolne od plecaka. A twarz jego szpecił dziwny niemijający uśmieszek. Jak to Ola mówiła – biła od niego jakaś dziwna aura, dlatego też z ulgą zwolniliśmy tempo, oddając turystę w ręce Chińczyków lub też stało się odwrotnie.

Do Lukli, według właściciela guesthousu w Jubhing, jest tylko 8 godzin, choć przyjęliśmy tę informację z niedowierzaniem. Najlepiej pomnażać czasy dojścia do wiosek, o których informują miejscowi. I tak było tym razem. Problem polegał na tym, że wzięliśmy za mało (lub wydaliśmy za dużo) pieniędzy, a dopiero w Lukli można wypłacić pieniądze. A przed nami kolejna przełęcz Chutok (2945 m n.p.m.). Musieliśmy się spieszyć, bo ciągle mieliśmy nadzieję dojść tego dnia do Lukli.

Takie kamienne "ławki" zostałe wybudowane najprawdopodobniej dla tragarzy niosących często około 100 kg na plecach. Łatwo umieszcza się taki bagaż na dopasowanej wysokością półce
Takie kamienne „ławki” zostały wybudowane najprawdopodobniej dla tragarzy niosących często około 100 kg na plecach. Łatwo umieszcza się taki bagaż na dopasowanej wysokością do wzrostu półce

Wejście na Chutok było dwuetapowe. Druga część podejścia mocno dała nam w kość – stromizna ze schodami – najgorszy etap dotychczasowej trasy. Nie daliśmy rady Lukli. Przełęcz nas rozbiła, prawie zabiła. Z resztką siły i pieniędzy dotarliśmy do miejscowości Puya, w której znaleźliśmy jakiś obskurny pensjonat za ostatnie 500 rupii bez przymusu jedzenia z karty. Żona właściciela nie była zadowolona z przybycia białych bez pieniędzy, ale jedną z najczęściej spotykanych cech nepalskich kobiet jest właśnie marudzenie. Uznaliśmy to za typowe i z radością w głosie poprosiliśmy o darmowy wrzątek i miseczki do zupek chińskich. Na parterze dziwnego pensjonatu bez prądu znaleźliśmy z Olą jakieś dziwne garnki, z których wydobywał się znajomy zapach chhanga. Nie znaleźliśmy upragnionego trunku, za to wieczorem nie mogliśmy odpędzić się od much i właśnie chyba powodem ich ogromnej ilości było nasze nadmierne węszenie:)

Wiszący most
Wiszący most

Nepal

Tragarz
Tragarz

Nepal

Muchy w pensjonacie w Puyi
Muchy w pensjonacie w Puyi

Rano wstaliśmy bardzo wcześnie. Nie padało, więc mieliśmy szansę ujrzeć dziś Luklę. A poranny widok obiecywał dużo – pierwszy raz podczas tego trekingu zobaczyliśmy ośnieżone góry. Z podekscytowaniem ruszyliśmy w ich kierunku, mając nadzieję ujrzenia więcej. Niestety szybko przysłoniły je chmury, a nam pozostało tylko strome i dłużące się podejście do upragnionej Lukli. Ostatnie pieniądze wydaliśmy na czosnek i cebulę. Po drodze ugotowaliśmy makaron o smaku cebulowym, dając przy tym wspaniałe przedstawienie mieszkańcom jakiejś wioski. Dalszy odcinek piął i piął się w górę. Ostatnie kroki stawialiśmy ciężko i bardzo wolno, ale gdy tylko zobaczyliśmy dziwnie równy asfalt kończący się tuż przy skarpie zrozumieliśmy, że to chyba Lukla i jej słynne skośne lotnisko.

Puya
Puya
Ale teraz już wiemy, co kryje się w tych chmurach
Ale teraz już wiemy, co kryje się w tych chmurach

Nepal

2 thoughts on “Treking na Base Camp – część 1

    1. Jeszcze bardziej nieziemsko bedzie w odcinku drugim, beda zdjęcia Everestu i bazy na lodowcu, prawdziwy księżycowy krajobraz 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *