Selcuk i okolice

Z najfajniejszego noclegu w naszej podróży nad klifami ruszyliśmy z samego ranka w stronę Selcuka. Mieliśmy tam kontakt od naszego poprzedniego hosta w Izmirze, ale niestety od dwóch dni Ozer miał wyłączony telefon. Po kilku szybkich godzinach byliśmy już w Efezie, skrajnie turystyczna atrakcja gdzie pełno jest turystów z Japonii co chwilę wysypujących się z podjeżdżających autokarów. Sprzedawcy pamiątek mówią we wszystkich językach świata, a przynajmniej marketing sprzedażowy mają opanowany, nawet po polsku ;-)

Namiot pod drzewkiem cytrynowym

Namiot pod drzewkiem cytrynowym

Bilety standardowo po 25 lir i do tego mieliśmy ze sobą rowery, dlatego postanowiliśmy, że Efez pójdzie zwiedzać tylko Aga, a ja zostanę pilnować rowery i przy okazji nadrobię zaległości internetowe. Miejscowa restauracja, która zdzierała na turystach kokosy życząc sobie za kawę z saszetki 5 lir (do kupienia w sklepie za 0,35), udostępniła mi swoje WIFI. O Efezie oczywiście opowiemy w osobnym wpisie. Aga szybko się uwinęła i już po dwóch godzinach zbieraliśmy w dalszą drogę. W Selcuku jeszcze raz ponowiliśmy próbę dodzwonienia się do naszego hosta, ale niestety tym razem musieliśmy sami organizować nocleg. Ruszyliśmy w stronę Aydin i od razu za miastem trafiliśmy na 7 kilometrowy podjazd. To uczucie, gdy widzisz na drodze znak zapowiadający pojawienie się dwóch pasów pod górę i tabliczka pod spodem 7000 m, jest bezcenne. Pedałując pod górę zaczęliśmy szukać już kawałka płaskiego miejsca na nasz namiot, ale jak na złość po obu stronach drogi były tylko strome zbocza. O 17, czyli chwilę przed zapadnięciem zmroku wtoczyliśmy się do wioski na górze o nazwie Camlik. Zatrzymaliśmy się pod sklepem, żeby uzupełnić zapasy i jak zwykle zbieg okoliczności sprawił, że wpadliśmy na nauczycielkę angielskiego w miejscowej szkole. Od słowa do słowa i chwili już razem maszerowaliśmy do jej domu, żeby rozbić namiot w ogródku za domem pod drzewem cytrynowym.

Mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo chwilę po rozbiciu obozu z nieba zaczęła lać się ściana wody. My dostaliśmy zaproszenie do środka na pyszną kolację i pieczone kasztany. Przegadaliśmy z naszymi dobroczyńcami cały wieczór (niestety nie zdołaliśmy zapamiętać ich imion, a były dosyć trudne), skorzystaliśmy z gorącego prysznica i wróciliśmy do naszego namiotu. To był prawdziwy test bojowy dla naszego namiotu. Deszcz lał z taką intensywnością, że otaczał nas niesamowity huk wody uderzającej o tropik, taki, że ciężko było rozmawiać leżąc obok siebie. Nasz dzielny namiocik wytrzymał trzy burze, które przeszły tej nocy nad nami oraz górski porywisty wiatr. Nasi gospodarze wieczorem zapowiedzieli nam niemałe atrakcje na następny dzień. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy autem z naszą parą nauczycieli angielskiego do miejsca pielgrzymek katolików, miejsca, w którym rzekomo mieszkała na początku pierwszego wieku Maria, matka Jezusa, ale o tym i o wiosce specjalizującej się w uprawie winogron i sprzedaży miejscowego wina „szarap” opowiemy jutro.

Spaliśmy już pod cytryną, marzy nam się sad mandarynkowy ;-)

Spaliśmy już pod cytryną, marzy nam się sad mandarynkowy ;-)

Nasi gospodarze - nauczyciele angielskiego z Selcuka

Nasi gospodarze – nauczyciele angielskiego z Selcuka

Zapowiedź wpisu z Efezu - ulubione miejsce kotów z Efezu

Zapowiedź wpisu z Efezu – ulubione miejsce kotów z Efezu

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>