Rowerostopem przez góry

Posted on Posted in Turcja

Po śniadaniu od razu zabieramy się za łapanie stopa. Na stacji benzynowej Turek mówiący po niemiecku oznajmuje nam, że tutaj nie ma żadnych szans na zatrzymanie ciężarówki. Wszystkie dostawcze auta są rzekomo załadowane po dach owocami. Przyjmujemy dobrą radę, żeby udać się na dworzec autobusowy i robimy swoje. Po 20 minutach nasze rowery już jadą na pace ciężarówki, tym razem ze skrzynkami z pomidorami. Kilometry upływają zupełnie inaczej gdy się je pokonuje samochodem. Każdy z naszych kierowców obowiązkowo przynajmniej co godzinę robi przerwę na czaj, to właśnie wtedy jest najlepszy moment, żeby wytłumaczyć coś kierowcy, który może się skupić na naszych gestach i wyszukiwanych słowach w słowniku.

Nasz kierowca do Gazienpasy
Nasz kierowca do Gazienpasy

Tym razem docieramy do Gazienpasa, a droga upływa nam również na podziwianiu górskich widoków, bardzo żałujemy, że aparat został na pace z rowerami. Na stromych zboczach rozciągają się plantacje bananów, oczywiście nasz kierowca nie byłby Turkiem, gdyby nam nie sprezentował dwóch kilogramów bananów kupionych od przydrożnych sprzedawców. Ów plantacje założone są w szklarniach lub na zboczach gór opadających stromo wprost do morza, na sztucznie formowanych tarasach. Można je łatwo rozpoznać właśnie z powodu charakterystycznych równych linii tarasowych oraz po zielonych i niebieskich workach nałożonych na dojrzewające kiście bananów. W Gazienpasa rozstajemy się z naszym kierowcą, szybki obiad na naszej kuchence, czyli makaron z pomidorami i papryką i zabieramy się za szukanie kolejnej ciężarówki. Dokładnie 10 minut później rowery już są układane obok skrzynek z cytrynami. Tym razem do Bozyazi. Droga wzdłuż wybrzeża naprawdę robi wrażenie i jesteśmy bardzo zadowoleni, że nie musimy jej pokonywać rowerami.  Szerokość drogi jest taka, że z trudem na zakrętach mijają się dwie ciężarówki, do tego serpentyny przez dziesiątki kilometrów. Naprawdę byłoby niebezpiecznie jechać tędy rowerami. Kilka razy nasz kierowca musi awaryjnie hamować z powodu aut wyprzedzających się na zakręcie. Adrenalina w czasie jazdy skacze nam bardzo mocno, dobrze, że trafił się nam doświadczony kierowca, który nie szarżuje i przewiduje sytuację na drodze. Widać było, że jechał tędy nie raz i wie czego się spodziewać po tureckich kierowcach. Już po zachodzie słońca wysiadamy w Bozyazi. Nasz kierowca jedzie dalej do Mersin, ale po uzupełnieniu towaru na pace nie ma miejsca dla naszych rowerów. Szybko ruszamy w stronę plaży, żeby znaleźć miejsce dla naszego namiotu. Tym razem znajdujemy kawałek idealnego trawnika przy domu nad samym morzem. Prosimy właścicieli domu o zgodę na rozbicie namiotu na ich trawniku, a oprócz zgody dostajemy jeszcze pyszną kolację na tacy do naszego namiotu. Duszona baranina, fasolka, sałatki i kilka pomarańczy na deser. Gościnny Turek chyba czytał w naszych myślach bo jak się pojawił z tacą to właśnie kroiliśmy chleb na kolację. Jakby tego było mało, po kolacji pojawiła się kolejna taca z pyszną kremowo-mleczną kawą. Teraz to już czujemy się rozpieszczeni, pyszna kawa i szum morza na dobranoc. Rano szybko zwijamy namiot i na stoliku przy namiocie Aga zostawia komiks z rysunkiem z wczorajszej kolacji  jako niespodziankę w podziękowaniu za miłe przyjęcie.

Dzisiaj już na pewno dojedziemy do Mersin, ale żeby nie było zbyt łatwo, szukanie właściwego kierowcy zajęło nam 4 godziny… I wcale nie dlatego, że nikt się nie zatrzymywał. O naszym następnym kierowcy, który zapakował nasze rowery na dach ciężarówki i zabrał nas do swojego domu na nocleg już jutro.

Znowu plaża na wyłączność
Znowu plaża na wyłączność
Lubimy takie noclegi
Lubimy takie noclegi

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *