Rowerami na 1100 metrów

Posted on Posted in Turcja

Dobrze nam było u Łukasza, taka namiastka mieszkania i przebywania w jednym miejscu. Uprani i odświeżeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Z samego rana zapakowaliśmy nasze rowery do windy utrudniając trochę życie mieszkańcom apartamentowca, w którym mieszka Łukasz i popedałowaliśmy z powrotem na północ. Chcieliśmy sprawdzić jak wygląda nasza rowerowa forma i postanowiliśmy przez 2-3 dni nie szukać stopa. Teren płaski więc kilometry ubywały pod kołami sprawnie. Świeżo naładowana mp3 odtwarzała nową książkę, warunki po prostu idealne do jazdy. Narzekać mogliśmy tylko na asfalt, który w tej części Turcji jest w dużo gorszym stanie. Gdzieś po drodze przemknęło między nami stado owiec popędzane przez pasterzy. Co ciekawe już kilka razy widzieliśmy, jak pasterze specjalnie prowadzili swoje stado pasem zieleni rozdzielającym kierunki drogi. Być może trawa tam jest wyjątkowo dobra dla owiec, ale jej zawartość ołowiu zapewne przekracza wszelkie normy.

Ciężko było, czasem nawet ciężarówki jechały naszym tempem
Ciężko było, czasem nawet ciężarówki jechały naszym tempem

Pod koniec dnia Aga opadła z sił i zaczęliśmy szukać miejsca do rozbicia namiotu. Na pierwszej stacji benzynowej jakoś wyjątkowo nam się nie spodobało i ruszyliśmy szukać bardziej przytulnego miejsca. Po chwili wyprzedził nas ciągnik siodłowy z naczepą wyładowaną traktorami, który już z daleka na nas trąbił i gdy nas minął zatrzymał się blokując drogę. Kierowca machał do nas z szoferki. Po chwilowej gestykulacji wspartej rozmówkami polsko-tureckimi dowiedzieliśmy się, że kierowca widział nas rano jak wyjeżdżaliśmy z Antakyi i po załadunku dogonił nas i chce zabrać rowery z nami ze sobą, żeby zaoszczędzić nam drogi… Nie możemy uwierzyć w nasze szczęście, przejechaliśmy rowerami 70 kilometrów, a teraz w ramach bonusu dostajemy jeszcze kolejne 40 do miejscowości Nurdagi. Nasze rowery mają doskonałe towarzystwo na pace w postaci kilku traktorów marki Fergusson. Pan zabawiał nas rozmową, standardowo opowiedzieliśmy naszą historię skąd i dokąd jedziemy, a w międzyczasie zrobiło się ciemno. Zazwyczaj staramy się wybierać miejsce pod namiot zanim zapadnie zmrok, ale dzisiaj sytuacja była wyjątkowa. W Nurdagi na skrzyżowaniu rozstaliśmy się z naszym nieplanowanym autostopowym kierowcą i od razu udaliśmy się na najbliższą stację benzynową w poszukiwaniu miejsca pod namiot. Tym razem jednak od razu pokazano nam mały pokoik na zapleczu biura. Chyba mamy dziś podwójne szczęście, najpierw autostop bez łapania, a teraz pokój z miękkim dywanem na wyłączność. Nawet dostaliśmy kolację, którą pałaszowaliśmy wraz z pracownikami ze wspólnej tacy. Ale był pewien szkopuł, który doskwierał szczególnie Adze – właśnie ci pracownicy. Było ich chyba z dziesięciu, ciągle gdzieś chodzili, dyskutowali, przechodzili, zachodzili, śmiali się, odchodzili itd. No cóż, w małych miejscowościach, szczególnie na wschodzie Turcji, kobiety gdzieś się chowają. Stacja benzynowa to wyjątkowo nie ich miejsce, co często widać w toaletach dla kobiet… pajęczyny, gruba warstwa kurzu na umywalkach i podłodze, o papierze można zapomnieć, czasem jest jakieś stare mydło w płynie wyciskane z plastykowej butelki po wodzie albo czarna od brudu kostka. Toalety z jednorazowymi nakładkami skończyły się wraz z przekroczeniem granicy tej Turcji nadmorskiej, bardziej turystycznej. Ważne, że jest woda w kranie, nawet gorąca. Noc na stacji upłynęła szybko, choć byliśmy ciągle budzeni przez nadmierny ruch panów. Zjedliśmy zupę na śniadanie w jakiejś tak zwanej przez nas „lokancie” i ruszyliśmy na nasze nieszczęście pod górę, 20 km. Czas jakby się zatrzymał, jakieś muchy się nawet znalazły? Zakrętów co niemiara, a pobocza może z 10 cm szerokości. Ciężko było, Adze zaczęły doskwierać kolana, pierwszy raz. Ale najgorsze było to, że przy podjeździe znak informował nas o 14 kilometrach w górę, gdy one minęły, poinformował nas jeszcze raz, że zmienił zdanie i dodaje jeszcze 4, 2 ostatnie dodał nasz licznik rowerowy. Na górze za to inny znak nagrodził nas oklaskami i obwieścił, że wyjechaliśmy na wysokość 1100 m, jaką pokonywaliśmy nierzadko w Bieszczadach. Duma nas rozpierała, muchy biły brawo. Niestety, zdobycie szczytu nie oznaczało, że czeka nas 20-kilometrowa trasa w dół, jechaliśmy z górki tylko chwilę, dalej krajobraz się zmieniał na bardziej pustynny, a z nim i zwiększały góry. Kolana Agi dały jej w kość, szybko złapaliśmy pick-upa i wylądowaliśmy na rozwidleniu dróg do Gaziantep. Cała nasza rowerowa rodzina przebyła na pace z tyłu ok 25 km. Do Antep, jak nazywają to miasto Turcy, musieliśmy dojechać jeszcze 15, a droga w dół spowodowała, że szybko mogliśmy zapełnić pysznym jedzeniem na rogatkach miasta, dość drogim, ale tak byliśmy głodni, że nie wybrzydzaliśmy. Gaziantep do miasto wielkości Warszawy, w dodatku z agresywnym ruchem ulicznym i wielopasmowymi drogami rozwidlającymi się w różne kierunki. Daliśmy im radę, nauczeni jazdą w Turcji, nabyliśmy rowerowej agresywności i dyscypliny. Miasto wita i żegna podróżujących monumentalnymi rzeźbami przedstawiającymi karawanę. Postaci ludzkie, wielbłądzie i ośle są naturalnych rozmiarów, co całkiem zaskakująco rysuje się na tle ruchliwych dróg wylotowych. Całkiem dobrze się stało, że ominęliśmy to miasto, z płaskiej obwodnicy podziwialiśmy zamaskowane gęstą zabudową wysokie wzgórza Antepu, dalej droga przebiegała sprawnie, uciekaliśmy przed zmrokiem. Wybraliśmy miłą stację benzynową na nocleg z widokiem na gruz i wraki samochodów, za to w idealnym miejscu, żeby szybko uciec z niego w kierunku granicy z Irakiem.

Gdzieś na wyjeździe z Hatay
Gdzieś na wyjeździe z Hatay
On też był zdziwiony naszym widokiem
On też był zdziwiony naszym widokiem
Takie widoki na podjeździe na 1100 metrów
Takie widoki na podjeździe na 1100 metrów
W lusterku widać kierownicę roweru, szkoda, że zdjęcia z telefonu nie wyszły
W lusterku widać kierownicę roweru, szkoda, że zdjęcia z telefonu nie wyszły
Trzeba było się napedałować, żeby coś takiego zobaczyć z góry
Trzeba było się napedałować, żeby coś takiego zobaczyć z góry
Chwila zwątpienia pod wielką górę
Chwila zwątpienia pod wielką górę
Aga wjechała na szczyt i nie chciała już wrócić, żeby zapozować do zdjęcia
Aga wjechała na szczyt i nie chciała już wrócić, żeby zapozować do zdjęcia

 

Jedno z brzydszych miejsc w jakich nocowaliśmy
Jedno z brzydszych miejsc w jakich nocowaliśmy

 

 

 

 

 

3 thoughts on “Rowerami na 1100 metrów

  1. Ja doświadczyłem noclegu w namiocie na asfalcie tuż przy drzwiach kierowcy ciężarówki. Ciekawostką jest to że to było auto z ok. 10 kabinami TOI TOI – uwaga, kabiny całą noc były czynne i używane. Najgorsze było jednak trzaskani plastikowymi drzwiami, bo TOI TOI zagłuszacze zapachów ma w miarę porządne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *