Powroty

Posted on Posted in Malezja

            Czy jest coś piękniejszego od powrotu do podróżowania ? Oj, zawrzało w głowie – i od tego szczęścia i od duchoty tuż po wyjściu z lotniska w Kuala Lumpur. Tak, oto dotarliśmy do tego momentu, że nawet wypada skakać do góry z nadmiaru radości, ale masa ciężkiego od pary wodnej powietrza przycisnęła nas do ziemi. Teraz to tylko należy stąpać twardo po malezyjskiej ziemi. Australię pożegnaliśmy… rzec by… ambiwalentnie. Pobyt w Australii był stanowczo za długi, ale zakręciło się kilka łezek w obu parach oczu, gdy nastała godzina ściskania znajomych na do widzenia. Pożegnania zazwyczaj nie kojarzą się z niczym pozytywnym, za to powroty odwrotnie. Witamy znów w Azji.

Batu Caves
Ponad 200 stopni wiodących do jaskiń Batu i pan Murugan u ich podstawy

Do tej pory Kuala Lumpur znaliśmy tylko z widoku lotniska. Tym razem postanowiliśmy zatrzymać się w mieście trochę na dłużej, całe dwa dni ! Nie można tak przesadzać z tymi stolicami. Na początku czekała nas rowerowa niespodzianka. Nasze „dzieci” płyną powoli do Europy w tym momencie, ale za to składak Pawła mógł nam potowarzyszyć przez chwilę. Paweł jeździł sobie dwa miesiące po Azji południowo-wschodniej swym zgrabnym czarnym rowerem. Gdy my przylecieliśmy, on akurat czekał na samolot z powrotem do Europy. Tak się spotkaliśmy.

My i czarny składak
My i czarny składak

Polskim akcentom nie było za dość. Dzięki naszym znajomym mogliśmy przenocować w Kuala Lumpur za darmo u Janka. Spędziliśmy u niego trzy dni, ale zamieniliśmy z nim dosłownie kilka zdań tuż po przylocie nocą i nocą tuż przed wylotem. Nocne Polaków rozmowy.  Jan pracuje i mieszka (kolejność prawidłowa) w Malezji. Powiedzielibyśmy nawet, że jego domem teraz to samolot. W ciągu jednego tygodnia potrafi zaliczyć kilka głównie azjatyckich krajów. Dzięki jego gościnności mogliśmy pomieszkać sobie na 18 piętrze w wieżowcu z basenem, na korzystanie z którego zabrakło czasu, ehhhh. Dzięki Janek za wszystko!

Ze smaków i zapachów tego miasta głównie pamiętamy smażone i duszone potrawy Chinatown oraz gorący, niezbyt pikantny dhal z indyjskiej restauracji. Z widoków – jakżeby inaczej – wieże Petronas patrząc do góry i stosiki śmieci zerkając pod nogi. Kuala Lumpur sili się na nowoczesność, ale azjatycki chaos pozostał.

Zwiedzając miasto ograniczyliśmy się niestety do standardów turystycznych, które pokrótce opiszemy. Ale pamiętajcie – są w tym mieście pozostałości dawnej dziewiętnastowiecznej mieściny, których my nie zdążyliśmy zobaczyć (oprócz Chinatown). Zamiast beznamiętnego wpatrywania się w wieżowce w wiecznej budowie radzimy znaleźć na przykład domy na palach i świątynie. Nie będziemy tutaj dobrym przykładem zwiedzania:).

Chinatown to handlowe, wiecznie zatłoczone miejsce, w którym można zaopatrzyć się we wszystkie podróbki świata i spróbować wielu potraw z różnych stron Azji. Nazwa nie jest przypadkowa, bo Chinatown to przede wszystkim Chiny, ale też Indie, Bangladesz, trochę Malezji. Malajów w samej Malezji jest stosunkowo niewielu. Tworzenie miasta głównie zainicjowali Chińczycy, Brytyjczycy kapitałem  pozwolili na jego rozwój. Teraz to głównie Chińczycy kierują handlem. Hindusi obecni są wszędzie, w knajpach i śpiący na ulicach. Gdy ktoś z was jeszcze nie odwiedził Indii, w wielu miejscach tego miasta można zasmakować ich klimatu.

Ulubione chińskie "parowańce"
W tych oto bambusowych garach znajdują się ulubione chińskie „parowańce”

Wyjątkowo nieprzygotowani do wizyty Kuala Lumpur postanowiliśmy udać się do miejsc zarekomendowanych przez innych. Jaskinie Batu na przykład podpowiedział nam Paweł. Są warte odwiedzenia i wysiłku wspinania się do nich po stromych schodach w towarzystwie małp i tłumu ludzi. Gdy już dotrze się do otworu pieczary, w jej wgłąb podąża się za dźwiękiem bębnów i piszczałki (wszystkich znawców indyjskich instrumentów przepraszamy). We wnętrzu czeka nas nagroda niższych temperatur, imponujący widok wkomponowanych w skałę ołtarzy i krótkie ceremonie. Taka hinduska wersja Wieliczki. Do innych jaskiń zwyczajnie nie weszliśmy. Czemu? Ten wpis powinien nazywać się „pokonani wilgotnością i zrezygnowaniem”.

Do jaskiń wejścia strzeże lub zaprasza ogromny posąg bóstwa.
Ogromny posąg Murugana, któremu poświęcone są ołtarze w jaskini. Upamiętniają one jego zwycięstwo nad demonem, którego imię nie utkwiło nam w pamięci niestety.
Już ze stacji kolei jest ono widoczne. Lecz zanim dotarliśmy pod jego sylwetkę, musieliśmy przeczekać ulewę z piorunami. Nic szczególnego w Kuala Lumpur
Już ze stacji kolei jest widoczny. Lecz zanim dotarliśmy pod jego sylwetkę, musieliśmy przeczekać ulewę z piorunami. Nic szczególnego w Kuala Lumpur
Pionowa ściana wzgórz, w których znajdują się jaskinie
Pionowa ściana wapiennych skał, w których znajdują się jaskinie
Świątynia we wnętrzu
Świątynia we wnętrzu

Kuala Lumpur

Świątynek i ołtarzyków jeszcze więcej... wystarczy wspiąć się na kolejne schody
Świątynek i ołtarzyków jeszcze więcej… wystarczy wspiąć się na kolejne schody
Policz małpy
Policz małpy
Gdzieś za łatwo rozpoznawalnym Hanumanem jest droga wiodąca do jaskini ze świątynią Ramayana
Gdzieś za łatwo rozpoznawalnym Hanumanem jest droga wiodąca do jaskini Ramayana

Tego samego dnia odwiedziliśmy Muzeum Sztuki Islamskiej polecane przez jeszcze kogoś innego (dzięki Nitki ! ). Jest to wielkie muzeum z jeszcze większą liczbą eksponatów. W dobie „kryzysu migracyjnego” muzeum dla tych bardziej zdeterminowanych świetnie przedstawia historię religii i jej sztukę. Miło było dowiedzieć się czegoś nowego i powspominać środkowo-wschodnie przygody. Rozmach eksponatów zachwyca, jak i wszędobylskie złoto średniowiecznych i nowożytnych rękopisów. Obok muzeum znajduje się meczet narodowy, gdzie zwiedzających przebiera się w fioletowe sukmany i czarne hidżaby. Mężczyznom radzimy przykryć kolana dłuższymi spodenkami przed wizytą, bo i ich również  przyodzieje się w nieoddychające łachy. Po 5 minutach tkanina nasiąka potem, który przemieszany z potem poprzedników wydziela dość intensywne zapachy. W takim towarzystwie aromatów odechciewa się dłuższej pogawędki o historii islamu z wolontariuszkami.

Dzieło muzułmańskiego uczonego o budowie kobiety
Takie wspaniałości można zobaczyć w muzeum – dzieło muzułmańskiego uczonego o budowie kobiety. Albo…
...czym uleczyć dolegliwości...
…czym uleczyć dolegliwości…
...
…a oślepiających złotem Koranów jest bez liku.
Właściwie to jest główna atrakcja Meczetu, bo sam budynek to po prostu wnętrze, Mihrab, dywan i fontanny. Jak wszystkie meczety
Sam budynek to po prostu Mihrab, dywan i fontanny. Jak wszystkie inne meczety. Ale nie w każdym trzeba aż tak się zakrywać, gdy ma się już długie nogawki na wszystkich kończynach i własną chustę gotową do założenia.
A dla nierozważnych, nazbyt eksponujących nóżki mężczyzn czeka właśnie to. Meczet pamięta się jeszcze długo po wizycie
A dla nierozważnych, nazbyt eksponujących nóżki mężczyzn czeka właśnie to. Meczet pamięta się jeszcze długo po wizycie.

Powroty to naprawdę dobra rzecz. Do klimatyzowanego wieżowca pomknęliśmy z dużo większym zapałem niż do niejednego muzeum. Zahaczyliśmy jeszcze o czosnkowy naan i rozgotowaną żółtą soczewicę i już mogliśmy oczekiwać Janka w schłodzonym pokoju z widokiem na żurawią panoramę miasta. Następny przystanek to Hanoi. Do zobaczenia !

I oto one. Wieże Petronas
I oto one. Wieże Petronas
Niedaleko nich można spędzić miły czas w ogrodach, o które skrzętnie dbają cierpliwi pracownicy. Tutaj brodzący łapacze liści w stawikach...
Niedaleko wież można spędzić miły czas w ogrodach, o których piękno skrzętnie dbają cierpliwi pracownicy. Tutaj brodzący w stawikach łapacze liści…
...a nie daj Boże źdźbło wpadnie.
…a nie daj Boże źdźbło wpadnie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *