Oswajając Australię

Posted on Posted in Australia

Perth to podobno jedno z najbardziej odizolowanych miast na świecie. Wokół niego roztacza się busz, a im dalej na wschód, tym busz przechodzi w palące słońcem pustynie. Nie jest to metropolia, ale rozciąga się na wiele kilometrów wzdłuż i wszerz wciągając po kolei mniejsze skupiska ludzkie na obrzeżach. Poszczególne dzielnice dobrze są ze sobą skomunikowane, ale jeśli się ma samochód. Komunikacja miejska nie radzi sobie z rozbudowanymi osiedlami domów, przydaje się tylko wtedy, gdy pasażer chce dotrzeć do głównych punktów miejskich. A ceny za bilety odstraszają nawet samych Australijczyków. Wspaniałe ścieżki rowerowe wiodące wzdłuż prawie każdej arterii i mniejszej ulicy doprowadzą cyklistę do celu o wiele sprawniej niż autobus lub pociąg, ale czy każdego fizycznie stać na to, żeby codziennie pokonywać na przykład 25 km w drodze do pracy lub szkoły, a potem tyle samo do domu?

Ach te ścieżki rowerowe
Ach te ścieżki rowerowe

Sprawdziliśmy to niejednokrotnie. Chcąc poznać trochę miasto, wsiedliśmy na rowery. Początkowo mknęliśmy przez Perth w chmurce zachwytów, achów i ochów… Ach jaka równa ścieżka, och – ścieżka na środku ulicy, ach – oddzielono ją wyraźnie, och – jak pięknie położona nad rzeką i ten znak dla rowerzystów ostrzegający przed kaczątkami… Przez pierwsze dni siodełka nie uprzykrzały życia naszym jeszcze nie zdrętwiałym „siedzeniom”, bo mieliśmy zbyt wiele okazji na odpoczynek. Światła drogowe obowiązują oczywiście i rowerzystów, ale jest ich stanowczo za dużo. Z powodzeniem można przeczytać książkę w ciągu jednego zapracowanego dnia i czytając tylko w oczekiwaniu na zielone światło. I nie warto jej chować, gdy już się ono pojawi, bo zaraz można zacząć następny rozdział na niedalekim skrzyżowaniu . Za to ten rowerzysta, który chce się zmęczyć, ma ku temu sposobność w postaci przekraczania pasów. Zielone światło trwa kilka sekund, trzeba nierzadko mocno przyspieszyć, żeby zdążyć przed czerwonym. Perth brzydło nam z dnia na dzień. Nie chciało się już pokonywać tylu kilometrów na rowerze w ciągu dnia. Przyzwyczailiśmy się do równych asfaltów i trawników, chciało się więcej. Po tygodniu spędzonym u Kasi i Fergola poznaliśmy Ruth.

Gdzieś na wschód od Perth, blisko małego miasteczka Mundaring, wśród australijskiego buszu znajduje się mała farma zamieszkała przez szaloną Angielkę, jej trzech synów i zwierzaki. Zaproponowała nam zatrzymanie się na jakiś czas w jej domu i „buszowanie” dowoli w lodówce w zamian za cotygodniowe kilkanaście godzin pracy w ogrodzie i domu. Ten sposób akomodacji jest dość popularny w Australii. Nazywa się to tutaj „woofing” i wielu podróżników właśnie tak próbuje zaoszczędzić w tym obrzydliwie drogim kraju.

Ogród
Ogród

Przydomowy busz

Tutaj czasem można obserwować kangury, niestety trudno zrobić im zdjęcia
Tutaj czasem można obserwować kangury, niestety trudno zrobić im zdjęcia
Charakterystyczna australijska roślina
Charakterystyczna australijska roślina

Zgodziliśmy się, chociaż nie bez namysłu. Praca za noclegi nie brzmiała na początku zachęcająco. Przystanie na taki układ przyszło od razu, gdy Ruth zaproponowała nam wypożyczenie za darmo samochodu… Tak, po tym od razu uścisnęliśmy sobie dłonie pieczętując niecodzienną umowę.

Na początku dziwnie poruszało się po włościach. Musieliśmy się nauczyć współżyć ze wszystkimi. Nauczyć się przyzwyczajeń domowników i obowiązków. Charakterów niektórych również… Ruth to kobieta czynu, mówiąca to, co myśli, ze skłonnościami do manipulacji i zmian nastroju, Sam, najmłodszy syn, ogląda zbyt dużo „wrzeszczącej” na cały regulator telewizji i może dlatego ulega nazbyt często złemu nastrojowi, Jack, osiemnastolatek, wpada w słowotoki. Najstarszy syn mieszka w specjalnie zaadaptowanej szopie obok domu i nie widujemy go za często. Wydaje się najbardziej opanowany z całej rodziny. Mimo wad, da się ich lubić. Ruth jest konkretna i bardzo pomocna. Zanim zatrzymała się z całą rodziną w Mundaring, zamieszkiwała dom gdzieś na pustyni, walcząc z cyklonami i burzami piaskowymi. A gdy dzieci zaczęły dorastać osiedliła się właśnie tutaj. Nie lubi mieszkać w mieście, za to jej praca nauczyciela i kuratora wymaga bliższego z nim kontaktu. Mundaring jest położone 34 km od Perth – idealna odległość, gdy nie chce się dusić w mieście, a trzeba zachować z nim kontakt. Z backpackersami miała do czynienia już w przeszłości. Zanim my się wprowadziliśmy, nasz pokoik zamieszkiwali najpierw Francuzi, potem Niemcy. Ruth przyznaje, że w wyborze potencjalnych pomocników kieruje się coraz bardziej na wschód Europy. Według niej ludzie ze Wschodu (do Wschodu zalicza również i Niemcy) lepiej radzą sobie z domowymi obowiązkami i pracą w ogrodzie.

Czasem do domu zawita ojciec chłopaków i były mąż Ruth – Siggy – szybki, mknący jak torpeda człowiek „złota rączka” i Di – sąsiadka i właścicielka Eda, konia pasącego się na padoku na włościach. Skoro o zwierzętach mowa, zacznijmy je wyliczać. Największy jest wspomniany już Ed – koń z przeszłością wyścigową, teraz na zasłużonej emeryturze robi fikołki i cwałuje na łące. Mimo swoich siedemnastu lat zachowuje się czasami jak źrebię. Uwielbia marchewkę lub ogryzki i za każdym razem, jak zbliżamy się do ogrodzenia z tymi przysmakami niby od niechcenia podąża w naszą stronę. Następny zwierz to Nola, nieopierzony golden retriever. Biega, skacze i pływa w oczkach wodnych wraz z krewetkami (Ruth hoduje je w jednej z sadzawek przy domu). Uwielbia uciekać i gonić Eda oraz obszczekiwać Greya, kota. Koty są dwa. Oprócz Greya jest jeszcze Ginger, choć według nas powinny nazywać się Filemon i Bonifacy. Pierwszy lubi zabawy w berka z Nolą, ale chadza swoimi ścieżkami i jest mniej dostępny dla domowników. Za to Ginger śpi całe dnie, często na masce naszego samochodu, w przerwach między drzemkami próbuje siadywać na naszych kolanach i dopominać się o pieszczoty. Potrafi strzelić focha i pokazać pazurki, gdy jest głodny. Może dlatego właśnie rodzina Ruth nie przepada za nim, my za to bardzo i to z wzajemnością. Przejdźmy do innych zwierząt, do ptactwa. Po ogrodzie dumnie przechadza się Rocky, dostojny, ubarwiony indor lubiący towarzystwo ludzi. Ciągle plącze się pod nogami domagając się głaskania, a korzystając z chwili nieuwagi ładuje się do domu, żeby zasiąść w salonie przed telewizorem. Gdyby potrafił mówić, zażyczyłby sobie herbaty i ciasteczek, prawdziwy arystokrata. Indyczyce za nim szaleją, a jest ich dwie. Przy Rockim wyglądają co najmniej blado. W tym samym kurniku znajduje się piętnaście kur i do niedawna dwa koguty. Nasz ulubieniec, Gilbert vel Giuseppe, spadł z grzędy i niestety wyzionął ducha. Wśród tej piętnastki znajduje się kilka kur szczęściarek. Trafiły szóstkę w Totolotka, ponieważ Ruth odkupiła je z fermy hodowlanej. W pierwszych dniach tuż po przyjeździe były tak zagubione, że znosiły jajka po całym ogrodzie, a my, niczym grzybiarze z koszyczkami, szukaliśmy jajek pod krzakami wokół domu. Wszystkie kury wyglądają podobnie oprócz jednej. Z wyglądu przypomina krzyżówkę pudla z królikiem angorskim. Pierwszy raz, gdy ją zobaczyliśmy nie byliśmy pewni, czy to kura, a pytać nie wypadało. Cały czas zastanawiamy się, czy to osobliwe zwierzę nie poddaje się specjalnemu strzyżeniu. Na farmie mieszkało również młode emu (w biało-czarne paski), ale nie mieściło się w niskim kojcu ze świnkami morskimi i został eksmitowany. Nikt nie raczył nas o tym poinformować i jeden dzień spędziliśmy na poszukiwaniach strusia, przypuszczając porwanie przez lisy. Już nawet, za radą jednego ze znajomych, chcieliśmy zastawić pułapkę na strusia z dynamitem i kowadłem, niczym kojot, ale na szczęście wróciła Ruth, która tłumacząc zniknięcie emu, odwiodła nas od tego pomysłu. Farmę zamieszkuje również rodzina papużek i z racji tego, że nie przepadamy za nimi, nie będziemy o nich pisać. Świnek morskich w ogóle nie widujemy, bo zamiast naszego towarzystwa wybierają ulokowane w klatce rury PCV i stare doniczki. No cóż, z taką konkurencją nie wygramy. Oprócz domowych zwierząt na farmie pojawiają się i inni goście. Lisy porywcze, łowcy kur, sroki atakujące z powietrza niczym Ptaki z thrillera Hitchcocka (Sam kilka razy przybiegał do domu z zakrwawioną głową i płaczem), rożowo-szare papugi, jaszczurki z niebieskim językiem, kradnące jajka oraz kangury pasące się na łące pod lasem. Z obowiązku wspomnimy jeszcze o sławetnych pająkach, kuzynach czarnej wdowy – „redbackach”. Jest ich całkiem sporo, widujemy je często. Są dość groźne, bo ugryzienie podobno baaardzo boli. Jad potrafi zabić malutkie dzieci. A skoro o jadzie już mówimy, to skorpionów jest tutaj też bez liku. Niektóre są wielkości paznokcia (te podobno najgroźniejsze, bo jad powoduje dużą i kolorową opuchliznę. Przekonała się o tym Di, właścicielka konia), ale są też i większe dwubarwne.

Na werandzie z Nolą
Na werandzie z Nolą

Australia

Ginger i Ed
Ginger i Ed
Grey
Grey
Rocky i jego zmieniające kolor wole
Rocky i jego zmieniające kolor wole
Kogut i jego panny
Kogut i jego panny
Świnki morskie
Świnki morskie
Częsty widok na naszej farmie
Częsty widok na naszej farmie

Pośród tego całego zwierzyńca jesteśmy my. Karmimy, wyprowadzamy na spacer, głaszczemy, przytulamy (psa i koty, na pewno nie pająki), szukamy i doglądamy. A wszystko to za nieograniczony dostęp do lodówki i darmowy kontakt z angielskimi „native speakerami” (uf, na szczęście nie australijskimi, posługującymi się niechlujnym angielskim;) – mamy nawet teorię, że jest to pewnego rodzaju grypsera 😉 Uczciwy układ, prawda?

5 thoughts on “Oswajając Australię

  1. No właśnie.. Co dalej? Ja też poproszę o ciąg dalszy! 😀 Serdeczne pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *