Oman – plażą do Sohar

Posted on Posted in Oman

Do granicy było dość górzyście, ale na szczęście drogi poprowadzono tak, że bez wysiłku pokonaliśmy wszystkie wzniesienia. Emiraty wypuściły szybko, rzeczowo i bez dodatkowych pytań. Tylko gdzie są omańscy pogranicznicy?

Szproty suszące się na słońcu
Szproty suszące się na słońcu

Przejechaliśmy jakieś 3 km, aż w końcu po dwóch stronach drogi stały wielkie budynki, tyle że emirackie. Pomachano nam i nie zatrzymywano. W zasięgu naszego wzroku dalej nie znajdowało się nic, co przypominało granicę. Mijaliśmy pasterki z kozami, przydrożne drzewa, ale gdzie ta granica? Znów kilka kilometrów i nic. Zatrzymaliśmy się na poboczu, żeby dowiedzieć się, czy czasem nie zmieniono warunków wizowych w Omanie. Nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi od rodziny, zatem ruszyliśmy dalej. Kilka kilometrów minęło, a przed nami tylko wzniesienia. Po jakimś czasie, za kolejną górką majaczyły jakieś drgające od upału białe budynki. To chyba granica, ale czemu oddalona o 15 km od emirackiej? Zaparkowaliśmy przed i weszliśmy do klimatyzowanej hali z agencją turystyczną, meczetem i sklepami. W kolejce stali głównie Europejczycy lub blondwłosi Amerykanie. Należało wypełnić druk i wybrać odpowiednią opcję czasową wizy. Dla zmotoryzowanych wymagane jest ubezpieczenie pojazdu. Bardzo się zdziwiliśmy, gdy pani domagała się bezzwłocznie dokumentu zaświadczającego o ubezpieczeniu. Na szczęście słowo bicycle jest dla nich tożsame z motorbike i po chwili wyjaśnień mogliśmy zapłacić za wizy (30-dniowa po 20 riali – 1 rial = ok. 3 dolarów).

Sady daktylowe i bananowe
Sady daktylowe i bananowe
W jednej z wiosek natrafiliśmy na uczniów, wysiadających z autobusów po szkole. Cieszyliśmy się dużym zainteresowaniem, tak samo jak i oni
W jednej z wiosek natrafiliśmy na uczniów, wysiadających z autobusów po szkole. Cieszyliśmy się dużym zainteresowaniem, tak samo jak i oni. W tle typowy omański dom, choć może warto go nazwać willą
Nasi znajomi, napotkani gdzieś po drodze
Nasi znajomi, napotkani gdzieś po drodze

Do wybrzeża mieliśmy kilka kilometrów i pędziliśmy do morza na złamanie karku. Od kilku dni nie mieliśmy prysznica i wizja jakiejkolwiek wody prowadziła nas instynktownie. Po jakimś czasie ukazał się błękitny horyzont. Nie szukaliśmy jakiejś wspaniałej plaży – po prostu jechaliśmy w linii prostej do wybrzeża, przez budowę autostrady, doły wykopów, piaski, kamienie… aż w końcu zastaliśmy opuszczoną plażę z ruinami domów rybaków. Idealna, bo nie było nikogo. Oparliśmy czym prędzej rowery o mur, w biegu zakładając kąpielowe gatki i już po chwili mogliśmy zanurzyć się w ciepłej wodzie Morza Arabskiego. Na plaży buszowały żółte kraby, a obok nas skakały ławice srebrnych rybek, strasząc nas przy tym okrutnie. Ach, jak dobrze. Gdy pędziliśmy do morza, nie zauważyliśmy nawet, po czym stąpamy – wielkie kolorowe muszle o dziwnych spiczastych kształtach. Nie wiedzieliśmy, za które mamy chwytać, które zabrać ze sobą, a które sfotografować.

Kopczyki krabów
Kopczyki krabów

Oman

Przenieśliśmy się pod zacienione miejsce wśród palm, żeby zrobić obowiązkową sjestę. Obiad po kąpieli smakował wybornie, tylko muchy przypominały, że to jednak nie raj. Około 4 wyjechaliśmy z cienia, żeby na nowo móc być oblewanym potem. Jechaliśmy częściowo piaszczystą drogą plażową, których w Omanie można znaleźć prawdziwą sieć. Nagle się skończyła, doprowadzając nas do budowanej autostrady. Już około 5 stwierdziliśmy, że to dobry czas na szukanie noclegu. Akurat wjechaliśmy w większe miasteczko, zrobiliśmy zakupy i popytaliśmy miejscowych o dobre miejsce na namiot na plaży. Opuszczając miejscowość, znaleźliśmy się nagle na bagnach (więc ta ciemnozielona plama na gps-ie oznacza bagna?), słońce już zaszło, a my nie wiedzieliśmy, czy mamy rozbijać namiot na środku jakiejś dróżki między krzewami, czy odganiać się od komarów, czy może jeszcze jechać dalej, bo może moczary niedługo się skończą. Z komarowej i wilgotnej opresji uratowała nas dwójka chłopców na motorynce. Zaprowadzili nas do dziwnego miejsca na skraju bagien. Pomogli nam przenieść rowery przez mostek na rzeczce i mogliśmy już rozbijać namiot pod daszkiem specjalnej altany dla piknikowiczów. Okazało się, że jest nawet woda w kranie niedaleko nas i mały meczet. Niestety daleko do plaży, bo jakieś 300 metrów. Następnego dnia postanowiliśmy zostać jeszcze na jedną noc. Rano Aga zrobiła pranie pod kranikiem i mogliśmy pójść na plażę. Schowaliśmy się pod daszkiem chatki rybackiej wyścielonej wielkimi dywanami.

Z widokiem na morze
Z widokiem na morze
Nasze moczarowe sąsiectwo
Nasze moczarowe sąsiedztwo
Szproty
Szproty

Wróciliśmy na obiad do namiotu. Tuż przy nas piknik zorganizowało sobie kilku mężczyzn, ku naszemu zdziwieniu trochę podchmielonych. Gdy nasz obiad był prawie gotowy, nagle przed nami ukazał się talerz ryżu z grillowanym kurczakiem. Wieczór spędziliśmy już z panami, którzy z godziny na godzinę stawali się coraz bardziej pijani. Spotkanie zakończyli tańcami i graniem na bongosie, po czym wsiedli do samochodów i ruszyli do domów. Kierowcy byli tak samo pijani, jak ich pasażerowie. Nie wiemy, jak wrócili do domu.

Rozrywkowa grupa Omańczyków
Rozrywkowa grupa Omańczyków

Oman

Oman

Następnego dnia dojechaliśmy już na rogatki Sohar. W Omanie również nie zważaliśmy jakoś specjalnie, gdzie śpimy. Namiot rozbijamy tam, gdzie akurat uważamy to za słuszne. A gdy zobaczyliśmy piękny port w Sohar, nie zastanawialiśmy się długo i zajęliśmy jedną altanę na środku plant między jedną, a drugą ulicą. Do campingu w tym miejscu właściwie namówił nas Mohammad, którego poznaliśmy gdzieś na ulicy. Przyjechał do nas wieczorem, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Gdy dowiedział się, że mamy problem z ładowaniem sprzętów i ze znalezieniem internetu, szybko zabrał mnie do sklepu sieci komórkowej i wziął na siebie kartę telefoniczną (karta sim kosztuje 2 riale, 12 riali 3 GB internetu na miesiąc). Do salonu ruszyliśmy nowym Lexusem – najpopularniejszą marką samochodową w Omanie, odczuwałem lekki dyskomfort po całym dniu spędzonym na rowerze wsiadając do klimatyzowanego i pachnącego kadzidłami auta. Niestety mieliśmy problem z włączeniem Hotspotu, ale znajomy Mohammada sprawnie poprowadził nas przez zawiłości urządzenia i od tamtego wieczoru wieziemy wiaderko internetu ze sobą. A od poranka następnego dnia – wiaderko prądu w postaci power banku, prezent od Mohammeda. Hojność Omańczyków mogłaby się stać przysłowiowa. Niestety żałujemy, że nie mieliśmy szansy na odwdzięczenie się naszemu dobroczyńcy, ale Mohammad jak szybko się zjawił z prezentem, tak szybko zniknął. Zostawił nam tylko swój numer telefonu na wypadek, gdybyśmy czegokolwiek w Omanie potrzebowali.

Planty, z widokiem na port
Planty, z widokiem na port
Ciecierzyca z ulicznej garkuchni - przepyszna
Ciecierzyca z ulicznej garkuchni – przepyszna

Resztę wieczoru spędziliśmy na obserwowaniu gimnastykujących się Omańczyków i Hindusów, a na dobranoc gwiżdżących i cieszących się z wygranej kibiców piłkarskich. Nie przypominali oni naszych hord kibiców. Owszem, było głośno, ale raczej bezpiecznie i ciekawie.

Kibice
Kibice
Sohar o poranku
Sohar o poranku
Nie wiemy, co rybacy zamierzali zrobić z gałęziami na morzu
Nie wiemy, co rybacy zamierzali zrobić z gałęziami na morzu

 

 

One thought on “Oman – plażą do Sohar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *