Nepalskie opowieści

Posted on Posted in Nepal

Jakiś czas temu, gdy czekaliśmy na odblokowanie drogi po zejściu lawiny błotnej, codziennie sięgaliśmy po prasę z nowymi informacjami. Byliśmy w szoku, gdy nagłówki gazet informowały głównie o wizycie premiera Indii i udzielonej pożyczce dla Nepalu, podczas gdy wieści o ponad dwustu osobach, które zginęły pod lawiną, były marginalizowane do małej wzmianki w rogu pierwszej strony Kathmandu News. Lawina codziennie była tematem numerem jeden, ale skupiano się głównie na problemie nieprzejezdności jedynej drogi do granicy z Chinami, co skutkowało niedoborem niektórych artykułów potrzebnych do organizacji festiwalu religijnego w Nepalu, a informację o pomocy finansowej dla poszkodowanych w kataklizmie w wysokości 200 dolarów na rodzinę skutecznie ukrywano gdzieś poniżej.

1. zapierwszym akapitem

Czasem trudno nam zrozumieć ten azjatycki kraj, bo pomimo własnej, bogatej kultury, silnie zapatrzony jest w swojego bogatszego, południowego sąsiada. W Pokharze największym szpitalem w mieście jest ośrodek prowadzony przez Hindusów, o którym  mówi się nieoficjalnie, że praktykują w nim hinduscy lekarze tuż po studiach, żeby nabywać umiejętności medycznych bez odpowiedzialności za nieudane zabiegi. Za kilka lat szpital podobno ma przejść pod administrację nepalską. Zapatrzenie jest na tyle duże, że władze nepalskie pozwalają na podobne wykorzystywanie. Nepal to kraj, w którym mieszkańcy mogą liczyć tylko na siebie.

Oficjalnie Nepal jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, a prawie 10 % PKB tego kraju pochodzi z turystyki. Mimo niesamowitego naturalnego potencjału, na który składają się w głównej mierze Himalaje, sytuacja państwa zmusza mieszkańców do wyjazdów w celach zarobkowych. W czasie naszego trekkingu po Himalajach poznaliśmy kilku Nepalczyków doskonale zorientowanych w sytuacji geopolitycznej Polski, jak się później okazało nasz kraj jest popularnym celem emigracji dla Nepalczyków. My osobiście nigdy nie słyszeliśmy o żadnym Sherpie mieszkającym w Polsce.

2. pod trzecim akapitem

Wjeżdżając do Nepalu niewiele wiedzieliśmy o tym kraju, a na pewno nie utożsamialiśmy go z marihuanowym rajem. W turystycznej dzielnicy Katmandu – Thamelu wieczorem ciężko przejść ulicą bez propozycji zakupu czegoś do palenia. Praktycznie na każdym rogu stoi ktoś, kto zachwala swój „towar” jako najlepszy w mieście, a diler nie zwraca uwagi na to, że dzisiejszego dnia odmawialiśmy mu już 5 razy, tak samo zresztą jak wczorajszego. Jedna z poznanych przez nas osób w zachodniej części Nepalu opowiadała nam, że jeszcze kilkanaście lat temu ta część kraju była zupełnie opanowana przez gangi zajmujące się uprawą marihuany, co pozwoliło nam zrozumieć obecność checkpointów policyjnych co kilkanaście kilometrów.  Idąc szlakiem z Jiri do Lukli wielokrotnie trafialiśmy w zapomniane miejsca w górach, gdzie właściciel chaty proponował sprzedaż „palenia” własnego wyrobu. Później nauczyliśmy się już rozpoznawać takie miejsca, ich znakiem szczególnym były zaniedbane i umorusane dzieci, które zazwyczaj wyciągały ręce prosząc o słodycze i pieniądze.

W Nepalu wszystkie szkoły dla dzieci są płatne, minimalna stawka za naukę dziecka to 2500 rupii za miesiąc plus materiały szkolne i obowiązkowy mundurek. W jednym z gesthousów  na szlaku córka właścicieli była właśnie nauczycielką języka nepalskiego. Codziennie musiała pokonywać drogę do szkoły tym samym szlakiem, którym my wędrowaliśmy dla rozrywki.  Szkoła była blisko, bo „tylko” 2 godziny w jedną stronę przez góry. Podstawowa pensja nauczyciela to około 12000 rupii, czyli jakieś 120 dolarów. Od tego momentu z większym szacunkiem patrzyliśmy na mijające nas w deszczu dzieci ubrane w szkolne mundurki.

3. pod piątym akapitem

W nepalskich Himalajach prawie każdy ma na nazwisko Sherpa, a większość mężczyzn trudni się noszeniem ładunków w koszach po okolicznych wsiach lub świadczeniem usług przewodnickich dla zachodnich wycieczek.  Na szlaku spotykaliśmy porterów, którzy byli jeszcze dziećmi, nie mieli więcej niż 14-16 lat, a w koszu na plecach, zgodnie z tym co mówili, ładunek o wadze od 60 do 100 kilogramów i według nas nie były to przesadzone wartości. A w koszach wszystko co potrzebują mieszkańcy gór, cebula, czosnek, skrzynki z napojami, ryż, makaron. Nasze piętnastokilogramowe plecaki to piórko w porównaniu z tym, co przenosili tragarze. W czasie wielu naszych rozmów z porterami na postojach odczuwaliśmy z ich strony większy szacunek za to, że dźwigamy nasze plecaki sami od kilku tygodni. Większość białych przylatuje do Lukli samolotem, ich sprzęt ląduje na kilka dni wcześniej i po przeładunku na grzbiet jaka lub do kosza portera i czeka na turystę we wsiach, do których „biały” dochodzi bez obciążenia. W takiej wygodnej turystyce górskiej przodują głównie Anglicy. Sami widzieliśmy kilkunastoosobową  grupę z Anglii, która przebierała się w nowiutkie buty wyciągane prosto z pudełka i zakładała sprzęt trekkingowy jeszcze z metkami, a najmodniejsze plecaki lądowały na grzbietach jaków. Wcale nas więc nie dziwi, że po dojściu do jakiegoś schroniska, gospodarz ma oddzielne menu dla „białych”, w którym ceny są pięciokrotnie wyższe niż dla Nepalczyków. Dla przygodnego i wygodnego turysty ceny i tak są niższe niż na przykład w Londynie i nawet nie pomyśli on o tym, że został właśnie przerobiony przez miejscowego restauratora. Popularne „daal bhat”  czyli ryż z potrawką z soczewicy normalnie kosztuje około 80 rupii, a ceny dla turystów w wyższych partiach gór zaczynają się od 600 rupii. To trochę tak, jakby w tatrzańskich schroniskach sprzedawano schabowego z ziemniakami i kapustą za 400 złotych. Na szczęście umiejętności negocjowania Oli pozwoliły nam obniżać cenę czasem nawet o ponad połowę. Podstawa targowania, to nie pozwolić zbyt długo myśleć sprzedawcy o cenie, bo więcej czasu do namysłu to wyższa cena, a najlepszą metodą jest pytanie o ceny zanim się jeszcze zdejmie plecak i wejdzie do środka schroniska. Oczywiście ta metoda sprawdza się w sierpniu, gdy na szlaku są pustki. Największą pazernością wykazywali się właściciele gesthousów, którzy za wiadro ciepłej wody do mycia podgrzanej na piecu żądali 500 rupii, czyli tyle ile kosztują dwie porcje obiadowe.

4. pod szóstym akapitem

5. pod szóstym

Z przyjemnością i podziwem patrzyliśmy na Olę, która w jednym ze sklepów z pamiątkami w Kathmandu z wyjściowej ceny za korale „łzy Shiwy” 1500 rupii zeszła do 250… Właściciel był pod takim wrażeniem umiejętności Olki, że zaproponował jej pracę w sezonie w charakterze sprzedawcy. Ciekawe czy Olka skorzysta? 😉

Na koniec jeszcze nasze spostrzeżenia ze szlaku górskiego po Himalajach odnośnie bezpieczeństwa. Być może niektórzy z Was słyszeli o Thomasie ze Słowacji. Kilka miesięcy temu Magda i Tomek z blogu z2strony.pl opisywali przypadek ich znajomego, który wyszedłszy sam o świcie w góry, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Takich osób jak Thomas jest więcej, widzieliśmy ogłoszenia o poszukiwaniach wielu zagranicznych łazików, po których ślad zaginął. Prawdopodobnie wszyscy ci nieszczęśnicy postawili gdzieś nieostrożnie swoją stopę i runęli w przepaść. Nie daje nam jednak spokoju jedna rzecz. Kilkukrotnie na kontrolach byliśmy wypytywani przez pracowników parku o nasz ekwipunek i nie były to normalne pytania. Pytano nas ile mamy aparatów fotograficznych i jakich marek, pytano o to, czy mamy ze sobą Iphony i Ipady. Czy przypadkiem lub nie, wywiadowi towarzyszyły grupki młodych Sherpów. Przy drugim takim przesłuchaniu kłamaliśmy już jak najęci nie wierząc w zapewnienia pracownika parku, że dane zbierają do statystyk. Kolejne niepokojące zdarzenie miało miejsce w Namche, gdy siedziałem na schodkach przed schroniskiem. Podszedł do mnie miejscowy chłopak, który zażądał ode mnie 400 rupii, których to bardzo potrzebuje. Odmówiłem, a rozmowa zamieniła się w mało przyjemną wymianę poglądów. Może Thomas ze Słowacji też kiedyś odmówił, a dalszy przebieg zdarzeń potoczył się inaczej niż sobie zaplanował. Każdy Sherpa nosi przy pasku nóż nazywany Khukhurii, wyglądem przypominający skrzyżowanie sierpa z maczetą. Tradycyjne noże wyglądają imponująco, ale też wywołują pewien respekt.

To tylko gdybanie i domysły, ale wędrówki po himalajskich szlakach zdecydowanie odradzamy w pojedynkę. W końcu Nepal jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, a kwotę jaką trzeba zabrać na kilkutygodniowy trekking, to kilkakrotna wartość pensji nauczyciela…

3 thoughts on “Nepalskie opowieści

  1. Czytałam z gęsią skórką.

    Bo wie się o tym, że góry są niebezpieczne same w sobie. Pewnie, że nasze Tatry to pikuś przy Himalajach, ale wychowana na wspomnieniach starych tatrzańskich przewodników, żywię szacunek i respekt względem gór, nawet jeśli wędruje się tylko płaską doliną. Góry są nieprzewidywalne, trzeba się dostosować do ich zasad, to wszystko wiem. Ale że zagrożeniem może być tam drugi człowiek? Jeszcze tubylec? Przeraziła mnie ta wizja.

    Słyszałam o Thomasie, bardzo mnie to poruszyło. Ale Wasza sugestia jeszcze bardziej.

    Uważajcie na siebie.

    Marysia

Odpowiedz na „ŚwieczekAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *