Na Południe od Perth

Posted on Posted in Australia

Pogoda nas rozpieszcza w Australii. Dużo orzeźwiająco pada, a słońce, wypalające wszystko, co stanie na jego drodze, często zakrywają dziwne, siwe chmury. W takich warunkach łatwiej kosić trawę, ale jeszcze przyjemniej eksploruje południowo-zachodnie wybrzeże. Bo nawet wtedy, gdy nie jesteśmy obciążeni tak bardzo pracą na farmie, nie zapominamy, że kontynent wzywa i nie wypadałoby utknąć w jednym miejscu na kilkanaście tygodni. Trudno było nam się zdecydować na jakiś sensowny podział wpisów. Zdecydowaliśmy się na dwa. Wypadów było kilka, ale nigdy nie były one daleko w głąb kraju. Ciągle przemierzaliśmy wybrzeże, najwyraźniej ulegliśmy jego urokowi.

Australia

Pierwsze kroki w poznawaniu kraju kangurów zaczęliśmy od południa. Po drodze mijaliśmy mnóstwo małych, przeczystych i przesympatycznych (ble, okropne słowo) miasteczek. Wszystkie zagospodarowały wybrzeże z doskonałą precyzją i tak, aby wygody było w bród. Brakuje jedynie wózków linowych, które mogłyby transportować leniwców wprost do wody. Wszędzie są toalety z ciepłą wodą, mydłem, papierem, ręcznikami, pachnącym od aerozoli powietrzem, obok nich zawsze fontanna do picia wody, kosze recyklingowe, trawnik, kwiatki, bratki, ławki, ławeczki, ławusie… i tak było zawsze. Do znudzenia? O, nie… do takich komfortów można się przyzwyczaić, można docenić, a nawet znaleźć jakiś minus! Takich grzechów nie dopuszczaliśmy się nigdy wcześniej. Podobnie jest z polami kempingowymi. Nawet najtańsze miejsce (bez prądu) ma równą trawkę, ładny widok, a korzystający z niego – gorącą wodę pod prysznicem, mydełka, czyste lustra, kuchnię i gazowy grill. Niektóre kempingi proponują dla wszystkich nawet basen (z takiego też korzystaliśmy), ale to już chyba gruba przesada:;) Właśnie takie wybrzeże, takie miasteczka i takie kempingi rozleniwiły nas totalnie. Grzecznie budowaliśmy domki na równym trawniczku zamiast ulokować się w buszu tuż przy tabliczce „no camp”. I chyba ani razu nie pomyśleliśmy, że może by tak zakosztować trochę dzikości, zażyć gorącego pustynnego powietrza i dać się ukłuć kłującą roślinnością Australii. Codzienność w buszu chyba nam wystarczała.

Wino, sery i taki widok z jednej przy kempingowej "ławuni"
Wino, sery i taki widok z jednej przy kempingowej „ławuni”

Podczas tych kilku wypadów przemierzyliśmy ponad dwa tysiące kilometrów, ale na całościowej mapie kontynentu był to tylko dwu centymetrowy odcinek. Wybrzeże jest dość jednostajne, czasem z rafami, czasem z ogromnymi plażami, ale ciągle nas zachwycało. Plaża plażą, zawsze wydają się takie same. Ale my po prostu siadywaliśmy na piasku lub na jednej z wielu ławek, otwieraliśmy biało wino z jednej z winnic z regionu Margaret River, otwieraliśmy foliowe opakowanie kiepskiej jakości pysznego długo dojrzewającego sera i… patrzyliśmy, czasem tylko przymykając oczy od wiejącego wiatru i piasku. Było bardzo nudno, bez żadnych przygód, mocno przewidywalnie i to właśnie podobało się nam najbardziej.

Na pierwszy ogień poszła Augusta, małe senne miasteczko z wielką atrakcją w postaci latarni morskiej na Przylądku Leeuwin. Latarnia jak latarnia, ale właśnie w tym miejscu łączą się dwa oceany, Indyjski i Arktyczny (Południowy). Czasem przy odpowiedniej pogodzie można dosłownie zobaczyć kolory wody, które się ścierają i nachodzą na siebie. Dodatkową atrakcją są wieloryby, które migrują o odpowiednich porach roku i przy odrobinie szczęścia można je wypatrzeć z brzegu. Niestety, mimo, że byliśmy w odpowiednim czasie, to walenie nie chciały się z nami spotkać. Chyba nie mamy szczęścia, polujemy na takie morskie spotkania od dosyć dawna, zaczęło się od żółwi w Omanie, przez Delfiny po Wieloryby. Kiedyś się karta odwróci, na pewno nie zamierzamy nabijać kasy agencjom turystycznym, które proponują takie spotkania za pośrednictwem łodzi za 300$.

Latarnia w Augusta
Latarnia w Augusta. Pogoda wyjątkowo wietrzna, poczuliśmy się trochę, jak gdzieś na jakimś kanadyjskim przylądku, nie w słonecznej Australii. Na tę część kontynentu można zawsze liczyć, w szczególności podczas lata. Tutaj jest zawsze chłodniej niż kilkadziesiąt kilometrów wyżej

Australia

Australia

Australia

Widok na Ocean Arktyczny
Widok na Ocean Arktyczny

W drodze powrotnej postawiliśmy na Margaret River. Dla mnie prawdziwy raj, winnica na winnicy i winnicą pogania. Rzędy winorośli po horyzont. Miasteczko mocno się promuje winnymi trunkami i oferuje przeróżne wycieczki – dzienna z wizytą w kilku winnicach oraz degustacją, nocna z degustacją, dzienna z atrakcjami dla dzieci na farmach („patrzcie dzieci – tak wygląda świnka, a to krzak winorośli”), lot balonem nad winnicami itd. Wszystko za grube setki dolarów, ale każdy chętny może również samodzielnie odwiedzić informację turystyczną w Margaret River i pobrać mapkę z zaznaczonymi winnicami w okolicy oraz czekającymi na każdej farmie atrakcjami, co ciekawe w niedalekiej odległości jest też sporo małych browarów. Trzeba przyznać, że Australijczycy doprowadzili przemysł turystyczny do perfekcji, ilość informacji i darmowych broszur i mapek, jakie można uzyskać w punktach informacyjnych, wręcz przytłacza bogactwem.

Samo miasteczko Margaret River jest jednym z ładniejszych w tej części Australii, główna ulica, przy której znajdują się restauracje, hotele i sklepy da się lubić, punkty handlowe są głównie nastawione na miłośników (jakże modnych) „slow” turystów i backpackersów, którzy z wizą Work and Holiday pracują na okolicznych farmach. Chwilowo pracujący podróżnicy lub nastoletni „krejzi” backpackersi mogą tutaj liczyć na: wymienialnie książek po 2 dolary, sklepy z ciuchami młodzieżowymi, sprzętem do nurkowania i surfingu, tanie bary z kebabami i chińszczyzną oraz najgorsze kurczaki w panierce jakie w życiu jadłem, niestety nie pamiętam nazwy, żeby przestrzec innych 😉 (na szczęście nie ma wielkich centrów handlowych). W kilka minut z Margaret River można dojechać do plaży, bynajmniej nie po to, żeby poleżeć na kocyku – silny wiatr podrywa piasek, który skutecznie uprzykrza przebywanie nad wodą. Ale między innymi dzięki niemu okolica znana jest również jako raj dla surferów. Odpowiednie fale dla tego sportu tworzą się w miejscach raf koralowych o dużym uskoku. Niektóre wystające ponad wodę skałki zostały nawet nazwane imionami słynnych surferów pionierów danego miejsca.

Popisy surferów i kite surferów
Popisy surferów i kite surferów. Imponująco, choć fale nie były najwyższe

Australia

Ach ci szaleni australijscy surferzy
Ach ci szaleni australijscy surferzy

W drodze powrotnej można obrać turystyczną drogę jaskiń (Cave Road). Cała trasa ma około stu kilometrów i wiedzie przez skrywający jaskinie wysoki las drzew eukaliptusowych. Trzy najciekawsze są udostępnione do zwiedzania – Mammoth, Jewel oraz Lake cave . Bilety do każdej z jaskiń są po 20 dolarów, dlatego zdecydowaliśmy się tylko na odwiedzenie jednej z nich – Mammoth. I warto, bo od bogactwa form skalnych, stalaktytów i stalagmitów, można dostać oczopląsu. Oczywiście ścieżka przez jaskinie wiedzie wygodnymi platformami i schodami, każdy ciekawy element i ściana jest podświetlona tak, aby nic nie umknęło uwadze zwiedzających. Jeżeli ktoś ma czas i fundusze gorąco polecamy zobaczenie wszystkich trzech jaskiń.

Stalaktyty
Stalaktyty

Australia

Ścieżka z jaskini przez busz. Po drodze mijamy "black boye", charakterystyczne palmy drzewne. Nazwę ich rząd australijski próbuje wykorzenić - ta kojarzy się jednoznacznie, spoglądając w stronę Aborygenów
Ścieżka z jaskini przez busz. Po drodze mijamy „black boye”, charakterystyczne palmy drzewne. Nazwę ich rząd australijski próbuje jakoś wykorzenić – ta kojarzy się jednoznacznie, spoglądając w stronę Aborygenów

Kolejnym punktem na południe od Perth wartym odwiedzenia jest Busselton, samo miasto jest molochem centrów handlowych i rezydencji Australijczyków, ale znajduje się tam też jedno z najdłuższych molo na świecie. Ma prawie dwa kilometry długości, nasz sopocki Monciak z „pomostem” może się schować. Warto dodać, że to w Busselton kilka lat temu było jeszcze dłuższe, do skrócenia przyczynił się jeden z tajfunów, który nawiedził okolicę. Po molo można poruszać się kolejką, dzisiaj wozi ona turystów na sam jego koniec, gdzie znajduje się małe oceanarium – za 30 dolarów można zejść po schodkach i obejrzeć przez szybę podwodną rafę. Niestety ten wydatek nie mieścił się w naszym budżecie, chociaż teraz tego żałujemy 😉 Pierwotnym przeznaczeniem tego miejsca była przystań dla łodzi, które transportowały z okolicy wszelkie dobra. Wybudowane w 1853 r., a od 1971 roku Busselton Jetty jest tylko atrakcją turystyczną – atrakcją wartą zobaczenia.

Busselton i jego molo
Busselton i jego molo

Australia

Australia

Wybrzeże kipi od atrakcji. Gdy patrzenie na oceany się znudzi, najlepiej wsiąść w samochód lub na rower i ruszyć niedaleko w głąb kraju. Kilka kilometrów od wody, a świat diametralnie różny – suchy, palący, a nawet trujący. Opowieść o Północy właśnie taka będzie.

Nie ma palm, ale za to eukaliptusy lub akacje
Nie ma palm, ale za to eukaliptusy lub akacje

Australia

Rekiny !
Rekiny !
Pelikan proszący o rybkę
Pelikan proszący o rybkę

Australia

Australia

Australia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *