Mudanya i Karacabay.

Posted on Posted in Turcja

Oj działo się w ostatnich dniach dużo. Po opuszczeniu Stambułu z wizami irańskimi w paszportach ruszyliśmy na przystań promową do Kabatas, skąd złapaliśmy prom do Mudanyi. Nawet sprawnie udało nam się dojechać rowerami na przystań w ruchu ulicznym, czego Aga się bardzo obawiała. Sam prom okazał się całkiem wypasiony, skórka, WIFI, barek z jedzeniem. Nasze rowery zostały przywiązane do barierki, a my zajęliśmy wygodne miejsca. Podróż trwała niecałe dwie godziny i prawie całą drogę przespaliśmy, pewnie emocje już z nasz zeszły bo mocno się martwiliśmy o wizy. Na nabrzeżu sprawie opuściliśmy pokład i od razu ruszyliśmy w drogę.

Rowery na promie
Rowery na promie

Daleko nie ujechaliśmy i już trzeba było prowadzić rowery pod stromy podjazd drogi wyjazdowej z miasteczka. Po 15 kilometrach spasowaliśmy, zaczęło się robić ciemno i trzeba było rozglądać za noclegiem. Od razu zdecydowaliśmy się na zagajnik oliwny i po chwili między drzewkami stał już nasz namiot. Po chwili przybył właściciel poletka i na migi dał nam znać, że możemy nocować w tym miejscu. Trochę się spóźnił, bo zaproponował nam nocleg w jego chatce pośród oliwek, ale już nam się nie chciało składać namiotu i zostaliśmy na miejscu.

Pierwszy nocleg w lasku oliwkowym
Pierwszy nocleg w lasku oliwkowym

Spać poszliśmy już o 18, trzeba w końcu się przestawić na tryb rowerowo-podróżniczy. W nocy obudziła nas sfora bezpańskich psów, Aga wpadła w panikę bo jej koszmary się właśnie sprawdzały. Na szczęście po kilku nieartykułowanych dźwiękach, które z siebie wydaliśmy pieski sobie grzecznie poszły. Rano stwierdziliśmy, że chyba jakieś ślepe były, bo pozrywały nam kilka linek napinających.

Pobudka wraz z pierwszym wezwaniem Muezina na modlitwa, trochę organizacyjnie zamarudziliśmy, musieliśmy przygotować się do następnego rozbijania namiotu, tak żeby wszystko co potrzebne było na wierzchu i nie trzeba było wyciągać wszystkiego z sakw. Pierwsze kilometry to cios w klatę z półobrotu. Podjazdy, podjazdy i jeszcze raz podjazdy. My oczywiście bez treningu przed wyjazdem. Ze dwa razy ktoś nas poczęstował czajem po drodze i raz zatrzymał nas pasterz kóz, który poczęstował nas pysznymi bułkami nadziewanymi kozim serem.

Stado kóz gdzieś po drodze
Stado kóz gdzieś po drodze

Non stop górki przez wioski zapomniane przez Allaha. Trzeba przyznać, że gdyby Turcja weszła kiedyś do Unii Europejskiej to rolnictwo wymagałoby potężnej inwestycji. Wsie przez które przejeżdżaliśmy przypominały mi polskie wioski z końca lat 80 tych, 2 krowy, 20 kur na gospodarstwo i błoto po kolana, do tego wzdłuż drogi z obu stron stoi gnojówka dając o sobie znać piękną perfumą w całej okazałości. Na szczęście ludzie bardzo otwarci i ciekawi, co chwilę ktoś nas pozdrawiał i zagadywał skąd, dokąd, jak długo. Pewnie za jakiś czas odpowiadanie na takie pytania nam zbrzydnie. Po jakimś czasie wyjechaliśmy z wiosek na główną drogę i zaczęła się jazda poboczem wśród ciężarówek, na szczęście auta miały dla siebie całe 2 pasy w każdą stronę i na naszym poboczu nikt nas nie niepokoił. Do 15 dojechaliśmy gdzieś w okolice Karacabay i  nasze nogi i głowy odmówiły posłuszeństwa. Zatrzymaliśmy się na czaj w przydrożnym barze w którym serwowano barana z rusztu. Gospodarze byli taki mili, że widząc nasze zmęczenie serwowali nam czaj za czajem. Przy 5 kolejce zaczęliśmy się z Agą zastanawiać czy nie zostać tutaj na noc. Aga szybko naszkicowała budynek który był jadalnią, a za nim nasz mały namiocik w sadzie. Tureckie słowa spać, namiot, noc dopełniały całości. Gospodarz nie miał nic przeciwko, żebyśmy rozbili się w sadzie za budynkiem, ale w momencie gdy wjechaliśmy rowerami do sadu, zaczął nas wołać i krzyczeć. Poszliśmy za gospodarzem, okazało się że na zapleczu ma mały apartament. Krótka dyskusja wsparta tureckimi rozmówkami i machaniem rękami i wyjaśniło się, że mamy spać w apartamencie za darmo. Resztę dnia spędziliśmy na doglądaniu piekącego się barana i próbach rozmowy z gospodarzem. Zadziwiające jest, jak wiele można powiedzieć w języku, którego się nie zna. Naszym dobroczyńcą był Bahtiar Sen, a na dodatek okazało się, że czasem sobie lubi pośpiewać i jego kawałki są dostępne na Youtube 😉

Baran z rusztu
Baran z rusztu
Kolacja made by Bahtiar
Kolacja made by Bahtiar
Barania golonka, próbowaliśmy, naprawdę pyszna
Barania golonka, próbowaliśmy, naprawdę pyszna
Baran z rusztu w całej okazałości
Baran z rusztu w całej okazałości

Wieczorem okazało się, że na stół u Bahtiara wjechała obfita kolacja dla nas. Pyszny omlet i sałatki z miejscowym jogurtem. Adze tylko uszy się trzęsły. Później Bahtiar poprosił nas o pomoc przy pieczonym baranie i urządziliśmy sobie małą sesję zdjęciową z baraniną w tle.

Po kolacji całkiem mocno się rozpadało, miło było siedzieć przy piecyku i grzać zziębnięte ręce. Żeby tylko jutro pogoda dopisała.

Kolejny czaj gdzies po drodze
Kolejny czaj gdzies po drodze

 

 

 

 

 

 

3 thoughts on “Mudanya i Karacabay.

  1. Az mi sie milo zrobilo gdy znow zobaczylam wpis na stronie,znaczy ze zyjecie I czujecie sie dobrze,wiem ze rowery Was wykanczaja ale to dopiero poczatek a gdzie koniec………nie widac. Wspaniale ze Turcy sa tak goscinniiI i z otwartym sercem. Wy takich ludzi potzebujecie w tej Waszej dlugiej wyprawie.Pozdrawiamy,kochamy I czekamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *