Mereryemana i śniadanie z dostawą do namiotu

Posted on Posted in Turcja

Nasza para nauczycieli angielskiego czekała na nas już o 8 ze śniadaniem. Standardowo oliwki, ser, jajka i ulubione smarowidło kanapkowe Agi, czyli chałwa w płynie zwana tahin z syropem winogronowym. Po posiłku i naszych licznych zapewnieniach, że w nocy naprawdę było ciepło i w ogóle nie zmarzliśmy, ruszyliśmy autkiem naszych gospodarzy przez góry w stronę Selcuka do Mereryemana – czyli rzekomo miejsca, w którym żyła Maria, matka Jezusa. Dowody na to, że w tym miejscu żyła właśnie Maria są mało przekonujące i raczej jest to miejsce wybrane przez Kościół Katolicki, aby pełniło funkcję domu Marii.

Mereryemana - kaplica w miejscu gdzie niby mieszkała Maria
Mereryemana – kaplica w miejscu gdzie niby mieszkała Maria

W chwili obecnej na fundamentach zabudowań z I wieku postawiono małą kaplicę, jest ona strzeżona w środku i nie można robić zdjęć. Na ścianach kaplicy znajdują się dary od papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI. W alejce, która prowadzi do świątyni, jest kilkanaście tablic w różnych językach przekonujących do tezy przedstawionej przez Kościół Katolicki na temat Mereryemana. Dowodami na to, że jest to miejsce w którym żyła Maria, jest przekaz z Pisma Świętego o ucieczce Marii do Efezu (który był gigantycznym miastem starożytnym), oraz objawienie niemieckiej zakonnicy.  Mnie to jednak nie przekonuje.

[wp_ad_camp_1]

Na wzgórzu, z którego roztacza się piękny widok na Selcuk oraz, z którego widać Morze Egejskie oddalone o kilkanaście kilometrów, znajduje się praktycznie tylko kaplica. Gdybyśmy mieli wjechać na wzgórze rowerami, to prawdopodobnie spędzilibyśmy pół dnia na pedałowaniu pod górę. W alejce przy wyjściu jest coś w rodzaju ściany próśb. Ściana o długości kilkunastu metrów jest usłana karteczkami z życzeniami do spełnienia. My raczej jesteśmy sceptyczni, ale nasi gospodarze z chęcią zabrali się do wypisywania swoich życzeń. Nasz gospodarz żartował, że poprosił o nową żonę 😉

Z Mereryemana ruszyliśmy do kolejnej lokalnej atrakcji. Tym razem było to coś dla mnie. Pojechaliśmy do Sirince, małego miasteczka pod Selcuk, które słynie ze sprzedaży miejscowego wina Szarap. W każdym sklepie można dokonać degustacji miejscowych win, a jest co próbować. Wina są o smakach wszystkich dostępnych w Turcji owoców. My próbowaliśmy między innymi wina truskawkowego, arbuzowego, melonowego i jeżynowego. Trzeba przyznać, że całkiem niezłe, choć jak dla mnie trochę za słodkie. Miasteczko jest bardzo malowniczo położone, poza sklepami i kafejkami z winem znajdują się tam jeszcze dwa kościoły z czasów wczesnochrześcijańskich, które są w opłakanym stanie. Kościół Świętego Jana Chrzciciela jest praktycznie ruiną. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że w Turcji zabytki chrześcijańskie są traktowane po macoszemu, ale dziwić może fakt, że na suficie kościoła gniazda pozakładały sobie jaskółki, jaki jest tego efekt na ścianach, można się domyśleć. Należy jeszcze wspomnieć o śladach po ogniskach palonych w budowli, oraz napisach graffiti na ścianie.

Nasi gospodarze mieli dla nas jeszcze kilka atrakcji, między innymi muzeum pociągów, ale czas nas naglił i musieliśmy ruszać w drogę. Z Camlik wyjechaliśmy rowerami o 14, droga była całkiem płaska i do zmroku udało nam się dojechać do Kocarli. Do tego miasteczka wjechaliśmy o zmroku wraz z chmurą gradową, która nas złapała na rogatkach. Rozpaczliwie rozglądaliśmy się za miejscem nadającym się na rozbicie namiotu, ale jakoś żadne specjalnie się nie nadawało. Jak zwykle w wyniku zbiegu okoliczności zatrzymaliśmy się pod sklepem, w którym pracował Soner. Udało nam się mu wytłumaczyć, że potrzebujemy jakiegoś ogrodu do rozbicia namiotu, natychmiast zawołał swojego kolegę, który odpalił skuter i poprowadził nas do lasku na obrzeżach miasta. Miejsce nieszczególne, ale z racji późnej pory nie grymasiliśmy. Szybko rozbiliśmy namiot, Aga poszła czytać, a ja siedziałem przed naszym domkiem i raczyłem się widokiem z góry na miasteczko. W pewnej chwili usłyszałem jakieś głosy i zobaczyłem 3 ludzi świecących telefonami i wyraźnie czegoś szukających. Gdy zaczęli zbliżać się zbyt blisko namiotu musiałem coś zrobić, żeby nie odkryli naszego miejsca biwakowania. Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowa to przestraszenie ich. Zacząłem szeleścić gałęziami i udając ryczenie niedźwiedzia ruszyłem na nich z góry. W życiu nie widziałem tak przestraszonych ludzi. Cud, że nikt nie umarł na atak serca. Po chwili okazało się, że to nasi znajomi spod sklepu, przyszli do nas z zaproszeniem na kolację. Trochę głupio wyszło, ale przynajmniej po wszystkim uśmialiśmy się z całej sytuacji.

Oczywiście nasi przyjaciele nie byliby sobą, gdyby o 7 rano nie przynieśli nam jeszcze ciepłego śniadania prosto do namiotu. Taka właśnie jest turecka gościnność…

[wp_ad_camp_1]

Mereryemana - ściana z życzeniami
Mereryemana – ściana z życzeniami
Mereryemana - życzenia we wszystkich językach świata
Mereryemana – życzenia we wszystkich językach świata
Poproszę o nową żonę - powiedział nasz gospodarz
Poproszę o nową żonę – powiedział nasz gospodarz
Wina o smakach o jakich nawet nie śniłem
Wina o smakach o jakich nawet nie śniłem
Taką półkę kiedyś sobie zrobię
Taką półkę kiedyś sobie zrobię
Każdego wina można spróbować za darmo
Każdego wina można spróbować za darmo
Kościół Świętego Jana Chrzciciela
Kościół Świętego Jana Chrzciciela
Jaskółcze gniazda w kościele
Jaskółcze gniazda w kościele
Taki chleb do szaszłyków dostaliśmy gdzieś po drodze. Prosto z pieca
Taki chleb do szaszłyków dostaliśmy gdzieś po drodze. Prosto z pieca

 

 

 

 

 

 

 

 

One thought on “Mereryemana i śniadanie z dostawą do namiotu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *