Kurdystan – drogami, których nie ma na mapie

Posted on Posted in Irak, Kurdystan

Trochę poganiani przez zachód słońca i zmęczeni ciągłą wspinaczką pod górę szukamy kawałka płaskiego miejsca na rozbicie namiotu. Zabudowań  na podjeździe praktycznie nie widać, tylko serpentyny pod górę, skały i las. W pewnym momencie na wyjeździe z zakrętu widzę przedziwny widok. Mały budynek, przed którym zaparkowanych jest kilka samochodów, a przed okienkiem stoi mały tłumek ludzi. Na budynku migoczą wielkie szyldy – Efes, Tuborg, Whiskey, Vodka. Trafiliśmy na prawdziwą oazę, słyszeliśmy, że w Iraku są sklepy z alkoholem głęboko ukryte, ale nie przypuszczaliśmy, że właśnie w takich miejscach, czyli w środku gór, kilka kilometrów od najbliższego zabudowania. Oczywiście robimy zakupy, ceny bardzo zachęcające, dwa Heinekeny i dwa czeskie Budweisery lądują w sakwach. W sam raz na wieczór. Z piwnymi zakupami ruszamy na dalszą wspinaczkę.  Na przełęczy wpada nam w oko jakiś budynek. Rozciąga się z niej piękny widok na całą dolinę od strony Duhok. Próbujemy wybadać sytuację, czy jest możliwość rozbicia namiotu, ale gdy tylko zbliżamy się do kamienistego placyku od razu wybiega w naszym kierunku żołnierz z karabinem, pokazując na polną drogę i krzycząc do nas MINEN !

Góry
Góry

[wp_ad_camp_1]

To jedno słowo bardzo szybko nas przekonało, że nie warto tam szukać miejsca pod namiot. Po minięciu przełęczy czekał na nas przyjemny, ale chłodny zjazd serpentynami w dół  i czym prędzej oddalamy się od min…, mijamy po drodze jeszcze jakieś niebieskie tablice informacyjne, z których rozumiemy tylko skrót UN – agenda ONZ. Te tereny musiałyby być świadkami walk. Zaraz za przełęczą trafiamy na małe działki letniskowe położone nad wąskim górskim strumieniem. Właściciel pierwszej działki odsyła nas do hotelu w Duhok, wielkie dzięki, ale za nic nie zamierzamy ponownie wspinać się pod tę górę. Kolejna działka wygląda równie obiecująco, w pierwszej chwili właściciel działki nie bardzo rozumie o co nam chodzi, dziwi się, że chcemy spać w namiocie, przecież tu jest bardzo zimno w nocy! Mamy chyba dar przekonywania, bo po chwili otrzymujemy zgodę na rozbicie namiotu, a po kolejnej chwili Kurd oznajmia nam, że właściwie to po co spać w namiocie jak możemy przenocować w jego domku. On zaraz musi wracać do miasta, ale wszystkie kłódki są samozatrzaskowe i rano opuszczając posesję mamy za zadanie pozamykać domek. Czujcie się jak u siebie w domu – rzucił nasz nowy znajomy, a na odchodne – podaje nam swój numer telefonu i mówi, że gdyby ktoś się pytał co tu robimy, to mamy powiedzieć, że jesteśmy jego gośćmi. Gośćmi generała Schalke, generała kurdyjskiej armii. Miny mamy nie tęgie, w końcu niecodziennie można poznać prawdziwego generała.

Wnętrze górskiego domku Generała. Trudno było się zdecydować, na którym fotelu lub kanapie usiąść
Wnętrze górskiego domku Generała. Trudno było się zdecydować, na którym fotelu lub kanapie usiąść
W towarzystwie Generała
W towarzystwie Generała

Wnosimy nasze sakwy do domku i nie możemy uwierzyć we własne szczęście. Domek z zewnątrz nie wygląda tak okazale jak w środku. Podłoga jest wyłożona dywanami, pod ścianami fotele i kanapy, a na środku metalowy piecyk. Z radością zabraliśmy się za rozniecanie ognia, prawdziwa magia, w domku nie było elektryczności, a po zmroku piecyk dawał nie tylko ciepło, ale również przyjemne światło. Już dawno piwo nam tak bardzo nie smakowało, a w nocy tylko górska cisza, do której przygrywał strumień. Błogo, ciepło, bezpiecznie. Rankiem mogliśmy zjeść śniadanie na progu górskich drzwi, patrząc na stok porośnięty przerzedzoną roślinnością. Tuż przed opuszczeniem naszego górskiego azylu, przyjechał z żołnierzem nasz generał. Pożegnaliśmy się miło i zaczęliśmy szybko przemieszczać się w dół po serpentynie z nadzieją, że dalej to już czeka na nas nizina… Nic bardziej mylnego – kolejne przełęcze majaczyły gdzieś w oddali i jakoś nie chciały nas opuścić przez kolejne dwa dni. Obiecano nam przecież równinę! Tak to już jest z tymi Kurdami – na pytanie ile kilometrów jest do jakiejś miejscowości odpowiadają bardzo różnorodnie – 30 albo i nawet 180 km, a na nasze czy teren będzie płaski, czy górzysty, czasem odpowiadają lub pokazują, że płasko albo bardzo górzyście. Nawet nasz generał twierdził, że do najbliższej wioski jest 5 km, później okazało się, że 40. Chyba, że dwa domy w jego mniemaniu to już była cała wioska.

Wiosna
Wiosna
Serpentyny
Serpentyny
Serpentyny znów
Serpentyny znów
Serpentyn bez liku
Serpentyn bez liku

[wp_ad_camp_1]

Cierpliwie pokonywaliśmy górskie drogi, jechało się, ku naszemu zdumieniu, całkiem dobrze, wręcz szybko. Może dlatego, że poczuliśmy dopiero wtedy, że odkrywamy nasz Kurdystan, wiejski, tradycyjny i niezwykle gościnny. Na zboczach gór pasło się mnóstwo owiec i kóz, pasterze w swych turbanach za każdym razem nas pozdrawiali machając lub krzycząc kilka słów z uśmiechem na twarzy. W wioskach dzieci biegały za nami, krzyczały i cieszyły się. W jednej z wiosek natrafiliśmy na przerwę w trakcie szkolnych zajęć, dzieci wybiegły na drogę oniemiałe ze zdumienia i zachwytu takiego zjawiska, jak my.

Latawce
Latawce
I górskie drogi, i górskie drogi, i...
I górskie drogi, i górskie drogi, i…
Serpentynowe zjazdy
Serpentynowe zjazdy
Zjazdy...
Zjazdy…

Długo jechaliśmy jeszcze przez podobne tereny – zieleniące się wiosenną zielenią, z kwitnącymi dzikimi sadami przy rumowiskach dawnych domów, pofalowane górskie stoki i strzępiące się ich szczyty. Zapewne latem, czyli już niebawem, będzie tutaj sucho i bardziej pustynnie, teraz jest nawet żyźnie i rześko zielono.

Na rozwidleniu jakiś wiejskich dróg natrafiliśmy na miejscowy punkt kontrolny. Na nich obowiązkowo pokazuje się paszporty, w ten sposób Kurdystan kontroluje swoje granice w ochronie głównie przed Irakijczykami. Żołnierze zawsze mają broń przy sobie, ciężki kaliber, kilku ludzi w obstawie i poważne miny. Wyjątkowo tutaj byliśmy wesołą atrakcją dla nich, pokazano nam drogę do Arbil, choć trochę w uproszczony sposób i przepowiedziano deszcz na jutro.

Obiad udało nam się zjeść w jednej z wiosek. Zaprosił nas pewien mechanik do siebie do domu. Pracował kiedyś dla przemysłu paliwowego, stąd jego znajomość angielskiego. Jak twierdził, większość pracowników jakichś rafinerii mówi po angielsku. Poznaliśmy jego żonę i energiczne dzieciaki. Nasz gospodarz dużo opowiadał o aktualnej sytuacji Kurdystanu, raczej chwalił niż narzekał, zresztą jak wszyscy Kurdowie.  Wspominał o ciężkich czasach walki o swój kraj i nienawiści Saddama do Kurdów. Sam urodził się w Mosulu, który czasem odwiedza, jednak nie może się przyznawać, ze jest Kurdem w tamtych rejonach, prawdopodobnie nie wróciłby do domu, jak twierdził. Wszyscy Kurdowie, których spotykaliśmy, nie jeżdżą do Iraku „właściwego”, boją się o życie i dość energicznie zabraniają nam odwiedzin terenów na południe od granicy Kurdystanu. Zresztą południowe tereny samego Kurdystanu nie są już bezpieczne dla nas. Podobno nawet handel jakoś nie toczy się gładko pomiędzy tymi narodami. Nawet Kurdyjscy kierowcy ciężarówek nie zapuszczają się raczej do Iraku. Gdy opuściliśmy jego dom, trochę żałowaliśmy, że nie skorzystaliśmy z jego propozycji noclegu, bo ciągle mieliśmy wrażenie jazdy pod górę. Zmęczeni znaleźliśmy miejsce na rozbicie namiotu gdzieś przy jakiejś skale i szybko usnęliśmy w takt deszczu.

Obiad w wiosce
Obiad w wiosce
W drodze
W drodze

 

 

3 thoughts on “Kurdystan – drogami, których nie ma na mapie

  1. Zróbcie jakąś galerię tej kurdyjskiej wiosny. Bardzo jestem ciekaw ile jest w tym zieleni bo będąc tam w lecie trudno mi było to sobie wyobrazić.

  2. Po zdjęciach wnioskuja, ze nawet całkiem niezły asfalt tam mają… Fajnie, ze juz wiosna u was 🙂 pozdrawiam i szerokości

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *