Kraina czterech tysięcy wysp i Don Det

Posted on Posted in Kambodża, Laos

Pozbywając się naszej królowej wietnamskich i kambodżańskich szos – Hondy Bonus, wiedzieliśmy, że musimy się teraz zmierzyć z obfitym w innych turystów autobusowym transportem. Nie bardzo orientowaliśmy się w kierunkach, w których należałoby się w końcu ruszyć. Zapoznając się dość niechętnie z cenami różnych przejazdów do laotańskich miejscowości, o których (nie sądźcie 😉 wcześniej nie słyszeliśmy, powoli dochodziliśmy do wniosku, że w tym wypadku niewiedza wydaje się najodpowiedniejsza. Ze wszystkich wymienionych miejsc najbardziej obiecującą wydawała się Kraina czterech tysięcy wysp (Si Phan Don) tuż przy granicy z Kambodżą. Najbliżej i najtaniej.

Mekong
Mekong

Następnego dnia o 6 rano pożegnaliśmy gotowego już do pracy Simona i zaspaną Edwige i zostawiliśmy za sobą ulubione lokum. Pod prawie jego ściany przyjechała taksówka (takich darmowych luksusów jeszcze nie mieliśmy, choć… no tak, 20 dolarów od osoby za bilet autobusowy do czegoś zobowiązuje) i zabrała nas pod jakiś hostel, przy którym koczowała już grupka innych plecakowiczów. Właściciel hostelu – gadatliwy Włoch – szybko zorientował się, co mogą oferować dopiero co przyjezdni z Krainy i w czym można pomóc dopiero co tam wyjeżdżającym, czyli nam. Para Włochów zaproponowała nam wymianę laotańskich kipów na nasze dolary, informując, że miejsce, do którego się udajemy jest cudowne, ciche i leniwe, co również udziela się czasem i bankomatom, a „cinkciarzom”, wysysającym turystom pieniężną krew, nie należy ufać. Pięknie i groźnie zabrzmiało ich opowiadanie, więc bezzwłocznie przystaliśmy na układ ratując ich z nadwyżki niewymienialnych Kipów.

Podróż trwała kilka godzin. Najpierw jechaliśmy podstarzałym, dość osmolonym busikiem wraz z Kambodżanami, potem wyrzucono nas bezpardonowo z busa, krzycząc: „Don Det ?” i wskazano na inny, tym razem bielący się od nowiutkiej karoserii i pasażerów w środku bus. Przejście przez granicę kambodżańsko-laotańską w Nongnokkhiene nie należało do najmilszych, ale też nie odstawało od standardów innych przejść w tej części Azji. Khmerska pieczątka żądała jedynie dolara za dotknięcie paszportu, laotańska – już cztery plus wiza, dla nas 30 $. Przez granicę należy przejść pieszo wraz z bagażem. W momencie jej przekraczania rozszalała się burza z ulewnym deszczem, który zalewał nasze plecaki wraz z nami wszystkimi. A tymczasem za okienkami, w klimatyzowanym pomieszczeniu siedziały sobie trzy chichoczące buźki dowcipnych celników, przypominających nam trzy różowe świnki. Ich leniwa gestykulacja w oczach rozsierdzonych białasów wydawała się jednoznaczna i mogła wyrażać coś na miarę perfidnych zakładów o to, komu co bardziej się zmoczy. Trwało to ponad godzinę. Gdy deszcz zelżał przybył nasz kierowca, trochę zaniepokojony czasem oczekiwania na pasażerów. Minę miał nie tęgą. Zapytał nas wprost – „ile chcą?”. „Jeszcze nic” – odpowiedzieliśmy chórem. Nieśmiało stuknął w zalane od deszczu okienko i zapytał świnki, czy wszystko w porządku. Bez odzewu. Zapukał drugi raz i nic. Odczekał z nami jeszcze chwilę w głębokiej kałuży, po czym po trzykrotnym puk, puk, puk przystąpiono do rewidowania paszportów. Wklejanie wiz trwało pół godziny, ich przestemplowanie trochę ponad. Mogliśmy odjechać po prawie 2 godzinach – tyle czasu zajęło trzem różowym świnkom obsłużenie 7 turystów…

Bilety ze Siem reap na Don Det wliczały również cenę przeprawy łódką, która całą grupę zabrała na wyspę. O taki luksus zorganizowania sobie wycieczki busikowej, która obejmowała jeszcze kilka innych biletów nie staraliśmy się wcześniej nigdy. Zawsze uparcie celowaliśmy na lokalny transport, ale trzeba przyznać, że było nam teraz całkiem wygodnie. Każdy miał swoje miejsce, nikt nie dostał dziecka na kolana, czy kosza z kurami i nikt nie został odchudzony o połowę objętości ciała przez nachalne ściśnięcie. Ale zaraz, zaraz. Tak już nie było od niepamiętnych czasów. Wydaje się, że w tych krajach już chyba nie ma takiego folkloru, jakiego doświadczało się nie raz w Indiach, czy w Nepalu. Łezki pokręciły się w kilku kącikach, ale nie zostały  na dłużej, bo komfort jazdy skutecznie zamazywał pamięć o rozklekotanych wozach i na wpół zardzewiałych autobusach. Mimo chwilowej wygody i tak szybko o tym zapomnimy. Za to wyspa pozostanie z nami na dłużej, głównie ze względu na niesamowity Mekong i poznaną w drodze na nią francusko-belgijską parę. Z Chrisem i Cloe spędziliśmy kilka naprawdę dobrych chwil.

Chris i Cloe
Chris i Cloe

Don Det to jedna z wielu zamieszkanych wysp w rozlewisku Mekongu. Jest znana głównie wśród plecakowiczów, którzy upatrzyli ją sobie jako spokojną przystań bez wielkomiejskiego gwaru, a niektórzy nawet jako dobre miejsce do życia. Znajdziecie tutaj bary z muzyką reggae, bungalowy z hamakami, napompowane dętki do dryfowania na Mekongu i jeszcze kilka innych rozrywek, czy sposobów na zrelaksowanie się. Brzmi dobrze, prawda? Wysoki sezon podobno może wypaczyć opisane powyżej wrażenia, ale nam się poszczęściło i na wyspie było zwyczajnie nudno (czytaj: wspaniale), co jest cechą charakterystyczną dla czasu poza sezonem.

Widok na Mekong z naszego bungalowu
Widok na Mekong z naszego bungalowu

Laos

Plan dnia ? Książka w ręku, leżąc w hamaku, książka w ręku, leżąc w knajpie i jedząc śniadanie, książka w ręku, a w drugiej butelka zimnego piwa, czy przesławny dyniowy burger, jak kto woli. Kolejny dzień: Książka w ręku, leżąc w hamaku, rowerowa wycieczka do wodospadów, wycieczka łodzią w poszukiwaniu czterech ostałych jeszcze delfinów, żyjących tylko w Mekongu i tak w kółko. Takiego miejsca właśnie potrzebowaliśmy, bez nadmiernego wysiłku i zbyt częstej kurtuazji wobec tych, którzy jej wymagają. Wakacje naszych „wakacji”. Po kilku dniach dobrowolnie zrezygnowaliśmy z sielanki. Czas leci, a to dopiero początek Laosu i trzeba przyznać dość udany. Jeśli Laos oznacza takie niespodzianki, to już nie możemy się doczekać. Tylko, że już niedługo przekonamy się, że brak niezależnego transportu w naszym przypadku oznacza powolny etap śmierci podróżowania i już w stu procentach będzie to czysta turystyka. Nie będziemy mogli wdrożyć się w ten system przemierzania kilometrów, a rowery będą nam się śniły codziennie.

Droga w wiosce
Droga w wiosce
i rowerowa wycieczka do wodospadów
i rowerowa wycieczka do wodospadów
Przy wodospadach
Przy wodospadach bez wodospadów w tle
Wybrzeże sąsiedniej wyspy Don Khong
Wybrzeże sąsiedniej wyspy Don Khong
Don Khong
Don Khong

Laos

W poszukiwaniu delfinów
W poszukiwaniu delfinów
Niestety delfiny nie skaczą wzdłuż prującej fale łódki, pojawiają się w oddali i znienacka. Trzeba być czujnym i wytrzymałym na upał. Nam ukazały się tylko takie, ale i tak było warto smażyć się w skwarze, bo fauna i flora Mekongu są niesamowite
Niestety delfiny nie skaczą wzdłuż prującej fale łódki ;), pojawiają się w oddali i znienacka. Trzeba być czujnym i wytrzymałym na upał. Nam ukazały się tylko takie, ale i tak było warto smażyć się w skwarze, bo fauna i flora Mekongu są niesamowite
Jedna z wielu małych wysepek
Jedna z wielu małych wysepek
Rozlewisko Mekongu jest rajem do obserwowania ptaków
Rozlewisko Mekongu jest rajem do obserwowania ptaków

Laos

Laos

Laos

Laos

Laos

Laos

Laos

Laos

Laos

Laos

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *