Kopalnie Kalgoorlie

Posted on Posted in Bez kategorii

Czy mamy już styczeń 2016 roku? Minęła jesień, zima, wiosna? Czas zwyczajnie przecieka nam przez palce. Ostatnie miesiące upłynęły pod znakiem dziwnych zbiegów okoliczności oraz nieoczekiwanych i niezbyt miłych zdarzeń. Ostatni kilkudniowy wyjazd odbył się dwa miesiące temu, kilkutygodniowy – dokładnie w styczniu tamtego roku. Jak to się stało, że Australijski tryb życia połknął nas w całości i nie wypluwał przez tak długi czas? Nie potrafimy odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ale pamiętamy o tym, że Australia to nadal część naszej podróży, innej od wszystkich poprzednich, ale nadal podróż… Zatem dzisiaj wrzucamy opowieść o wielkich maszynach i nie tylko na półpustynnych ustroniach Zachodniej Australii.

Karlgoorlie

Nie trzeba było przemierzać wielu tysięcy kilometrów, żeby doświadczyć piaskowego tornada i czerwonej spiekoty półpustynnego charakteru wnętrza Zachodniej części kontynentu. Pustynne drogi i otaczająca je dzicz właściwie są na wyciągnięcie ręki – odcinek liczący sobie 600 km między Perth a Kalgoorlie można pokonać w jeden dzień.

Sucho i wietrznie
Sucho i wietrznie
Łycha koparki
Łycha koparki

Karlgoorlie

Karlgoorlie

Tu się naciska, ogląda się z bliska
Tu się naciska, ogląda się z bliska

Kalgoorlie to prawdziwa „kopalnia” wiedzy o początkach osadnictwa tej części Australii. Miasto powstało w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku, a jego założenie związane jest z gorączką złota. Napływały do niego tysiące ludzi spragnionych innego życia, początkowo mężczyźni gotowi na trudy górnictwa, a później i całe, wielopokoleniowe rodziny. W kilka lat na kamienisto-piaszczystym odludziu wyrosło kilkunastotysięczne, prężnie prosperujące miasto, a duch tamtego przedsięwzięcia ciągle unosi się nad tym miejscem, czuliśmy go na każdym kroku, na każdej ulicy, w każdej okolicznej wiosce. Niestety ducha obecności Aborygenów jakoś mniej. Od czasów początków osadnictwa tego terenu tubylcy zostali skutecznie wyparci lub zasymilowani. Naturalny proces podboju, rzec by można, ale nie da oprzeć się wrażeniu, że nad Australią nadal unosi się opar rasizmu i wyzysku (i o tym też będzie wpis). Okolice Karlgoorlie również zostały nimi naznaczone. Aborygeni mieli i swój fizyczny wkład w wydobyciu pożądanego przez białych kruszcu, ale niestety okupiony morderczą pracą w większości przypadków. Niestety to, czym się zachwycamy w tej okolicy należy tylko i wyłącznie do schedy Europejczyków. Na chwilę zapomnieliśmy o dorobku tubylców Australii, a jest o czym pamiętać. Podczas gdy Europejczycy dochodzili do odkryć fizyki, chemii, ekonomii, Aborygeni nie mierząc życia żadnym pojęciem czasu, stworzyli niepowtarzalny i bardzo rozbudowany system relacji międzyludzkich. Pamiętając o dość absurdalnych teoriach niektórych antropologów XIX/XX o przynależności Aborygenów do świata Flory i Fauny (co notabene zostało wykreślone z encyklopedii dopiero w latach 60 XX w.) ich kultura osiągnęła wiele w przestrzeni uczuć i relacji w rodzinie i plemieniu. Ich „zatrzymanie się w czasie” w ustalaniu fizycznych procesów rządzących ziemią spowodowane było ugruntowanym i ściśle kultywowanym systemem wartości, a nie niskim poziomem intelektualnym. Ich sens istnienia stanowił zwyczajnie proces zaangażowania się w rytuały, które nie miały za zadanie prowadzić ludzi do lepszego świata, ale utrzymywać porządek jego początków. Pozbawieni chęci dążenia do czegoś lepszego w naszym mniemaniu (czyt. materialna wygoda, niebo etc.) tkwili nadal w praktykowaniu ceremonii aż do przybycia białych żagli. Nieprzystosowani oraz nieprzygotowywani przez tysiące lat do różnego od ich stylu życia zostali mocno poturbowani, a większość z nich ciągle nie może się otrząsnąć od momentu, kiedy w 1797 przybyły pierwsze statki ze skazańcami. Gęsich skórek dostawaliśmy wiele razy w tej wyprawie, szkoda, że nie z powodu jakichkolwiek śladów obecności Aborygenów. Są, na pewno są, ale pośpiech nie pozwolił na więcej.

Pierwszej gęsiej skórki dostaliśmy już pierwszego wieczoru na kempingu. Właściwie było to osiedle permanentnie ustawionych „bud” kempingowych, zamieszkiwanych przez współczesnych poszukiwaczy złota. Mieszkają tam całe rodziny. W przyczepach wiszą firanki, suszą się talerze po kolacji, a w oknach odbijają się niebieskie światła na stałe zamontowanych telewizorów. Na zewnątrz dzieciaki grają w piłkę, a ich ojcowie umawiają się na piwo w „osiedlowym” barze zbudowanym podobnie jak wszystkie sąsiadujące z nim domy z zardzewiałych starych przyczep. Tego wieczoru byliśmy jedynymi turystami.

Tymczasowy obóz poszukiwaczy złota obok wymarłego miasteczka z początku XX wieku
Tymczasowy obóz poszukiwaczy złota obok wymarłego miasteczka z początku XX wieku

Zwiedzanie Kalgoorlie odbyło się tak, jak na turystów przystało… Od muzeum do muzeum, od kopalni do kopalni. Ale czy mogliśmy inaczej? Gęsich skórek tego dnia mieliśmy całkiem dużo. Zabawiliśmy się w poszukiwaczy złota w przygotowanym do tego celu stanowisku (pomińmy to, że z przeznaczeniem dla dzieci, ale wyraźnie dorośli mieli z tego największą frajdę), oglądaliśmy samorodki złota odnalezione przez pionierów końca XIX wieku, zasiadaliśmy za sterami olbrzymich kopar, spychaczy i czekaliśmy na wybuchy w jednej z największych kopalni odkrywkowych na świecie. Główne, zabytkowe arterie miasta są dość szerokie. Budowano je tak, aby mogły pomieścić wielkie maszyny i ładunki. Gdyby tak spojrzeć w górne partie głównej ulicy Kalgoorlie, na naczółki fasad banków, hoteli i sklepów, można bez specjalnego wysiłku przemieścić się w czasie. Podobnego wrażenia doświadczyliśmy w Bombaju – krój liter, znaczenie wyrazów, nazwy firm nie zmieniły się od początku ich powstania. Podczas gdy podobnych bombajskich pozostałości kolonialnych nie zauważa się wszędzie, tak tutaj wystarczy przysłonić ręką zaparkowane samochody, żeby wyobrazić sobie umorusanych górników w bawełnianych podartych koszulach i bankierów we frakach i cylindrach przechadzających się pomiędzy wozami.

Ulica Karlgoorlie
Ulica Kalgoorlie
Hotel w Karloogrlie
Hotel w Kaloogrlie

Karlgoorlie

Dziękujemy organizatorom stanowiska za wsypanie drobinek do sadzawki
Dziękujemy organizatorom stanowiska za wsypanie drobinek do sadzawki
Pociąg drogowy z czterema przyczepami
Pociąg drogowy z czterema przyczepami

Kolejnego dnia ruszyliśmy na północ w poszukiwaniu miasteczek duchów Leonora, Gwalia i Kanowna, opustoszałych na początku XX wieku lub w jego połowie. Wraz z kilometrami naprawdę cofaliśmy się w czasie. Dla nas było to niesamowite spotkanie z historią pionierów tego pustkowia i ich niewyobrażalnym trudem i determinacją. Ze starych fotografii wyglądają uśmiechnięci ludzie, ale wyobrażając sobie warunki, w jakich przyszło im żyć, nie jesteśmy pewni, czy byli szczęśliwi. Kanowna położona 25 km od Kalgoorlie w pełni zasługuje na miano miasteczka ducha. Dzisiaj pozostały po nim tylko czerwone ścieżki, kiedyś ulice i przejazdy kolejowe, a w miejscach domów – trawy, z których czasem wyłaniają się tabliczki z mało czytelnymi nazwami ulic. Pośrodku osady – wyblakła tablica ze zdjęciami siatki ulic i kilkoma mieszkańcami. Mimo uszczuplenia pokładów złota nadal znajduje ono wielu amatorów. Niektórzy nawet utrzymują się z przeczesywania półpustyni wykrywaczami metalu. Tak jest na przykład ze wspomnianymi już mieszkańcami kempingów. Tereny te są również często odwiedzane przez okazjonalnych poszukiwaczy traktujących szukanie złota jako niedzielną rozrywkę. Niewielu z nich udaje się cokolwiek znaleźć, ale spróbować nigdy nie zaszkodzi. Zresztą wyjazd weekendowy z nadzieją odnalezienia lśniących samorodków nie zawsze jest płonny. Jeden z naszych znajomych znalazł kilkucentymetrowy samorodek. Niestety odnajdywaniu takich okazów trzeba pomóc wieloletnim doświadczeniem, determinacją, cierpliwością i wiedzą. Brzmi wyczerpująco, ale może się opłaca? Podobno samorodków jest już niewiele, kopalnie i poszukiwacze skupiają się raczej na drobinach lub jeszcze innych formach skupisk tego pierwiastka.

Kanowna i to, co po niej zostało
Kanowna i to, co po niej zostało

Leonora to kolejna słynna miejscowość z historią złotych tułaczy w tle. Jest ciągle zamieszkana, choć suche i ciężkie warunki zdążyły odbić na niej ślad. Ma kilka częściowo zrujnowanych barów, jeden hotel, kemping i sypiące się domy. Otoczenie dziwne, ale dość interesujące. Z barów co chwilę wysypują się pijani panowie z kosmykiem włosów na szyi i Aborygeni. Bary to kwintesencja tego miejsca. Czas w wielu się zatrzymał, ale ciągle chodzi w nich o jedno – na chwilę zapomnieć o codzienności. Zatrzymaliśmy się na kempingu. I tym razem byliśmy jedynymi turystami. Rozbiliśmy namiot na środku trawnika, co najwyraźniej bardzo spodobało się naszym sąsiadom, bo wielu z nich wyległo na nasz widok z budek, a dzieciaki długo podglądały nasz, chyba bardzo komiczny, proces wbijania szpilek. Może dwuosobowy namiot wydał się im trochę nieadekwatny do otoczenia zacementowanych przyczep z aneksami kuchennymi i jadalniami w mini ogródkach. I bar też się tam znalazł. Oferował wspólne oglądanie meczy i promocje na ilość wypitych piw.

Gwalia zdecydowanie zapadnie nam w pamięć na długo. Nie zamieszkują ją już ludzie, oprócz opiekunów muzeum. Kopalnia jest nadal otwarta, ale z niewielkim ruchem w porównaniu z tą w Kalgoorlie. Gwalia to wielkie muzeum na świeżym powietrzu. Można dotykać, wąchać i pobyć trochę wśród pozostałości gorączki złota. Wrażenie niesamowite. Tych, którzy wszelkich form muzealnych nie znoszą, możemy zapewnić, że włócząc się między blaszanymi domkami i wchodząc w zrujnowane wnętrza można zapomnieć, że to miejsce do zwiedzania. Wiele ze ścian się zapadło, drewniane wysuszone na wiór deski są połamane, jak i meble i sprzęty rolne. Na podłogach leżą butelki, metalowe durszlaki, na krzesłach częściowo zjedzone wełniane koce, w kominkach zwęglone kawałki drewna, a w kuchniach poprzepalane i zżarte rdzą garnki. Wszystko wygląda tak, jakby pozostawione w popłochu lub w wielkiej nawałnicy. Nie wiemy, gdzie leży wina takiego ich stanu, pogoda, wiatry, nawałnice zrobiły swoje, ludzie zapewne również. Z jednej strony stan utrzymania miasteczka aż wrzeszczy, żeby coś z tym zrobić, z drugiej zaś, wydawało się to nam bardzo autentyczne. Kurz pustynny pokrywa tu wszystko. Tak zwyczajnie i niespiesznie. Kilka chatek zostało zreperowanych prywatnie. Niektórzy potomkowie rodzin mieszkających w Gwalii zdecydowali się na remont domów swych przodków.

Gwalia
Gwalia
Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się w połowie XX wieku
Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się w połowie XX wieku
Wnętrze jednego z chatek
Wnętrze jednej z chatek

Gwalia

Zrujnowane pianino
Zrujnowane pianino
Ówczesna lodówka. Podobne widzieliśmy w Omanie, tamte jednak miały kilkaset lat. Klimaty podobne i wynalazki też
Ówczesna lodówka. Podobne widzieliśmy w Omanie, tamte jednak miały kilkaset lat. Klimaty podobne i wynalazki też
Trudno było nie zrobić mu zdjęcia
Trudno było nie zrobić mu zdjęcia

Na wzgórzu Gwalii, tuż nad przepaścią kopalni jest jeszcze inne muzeum zorganizowane w willi zarządcy kopalni. W jej środku wygody, o jakie trudno gdziekolwiek indziej w tej okolicy. Wnętrze zaopatrzone jest w stare meble, sprzęty, radia, zastawy i gazety z początku XX wieku, a na zewnątrz prawdziwy, zardzewiały stos złomu maszyn kopalnianych i samochodów.

Karlgoorlie

Karlgoorlie

Aby „outbacku” stało się zadość, przemierzyliśmy kilkaset kilometrów po szutrze unikając brodzenia zwykłej osobówki w piachu. Nie do końca po drodze na południe (gdzie miała nastąpić kolejna część wyprawy) pojeździliśmy sobie jeszcze po słonych jeziorach i mniejszych miasteczkach. Od krajobrazu patrzyliśmy na świat przez pomarańczowe, jakby zamglone okulary, ale Australia stoi kurzem przecież (i muchami) !

Słone jezioro Ballard i jedna z 51 metalowych rzeźb rozstawionych na całej jego przestrzeni
Słone jezioro Ballard i jedna z 51 metalowych rzeźb rozstawionych na całej jego przestrzeni

Karlgoorlie

Karlgoorlie

Gdy już zjechaliśmy na wybrzeże, krajobraz jakby spowszedniał. Plaża, ocean, plaża, ocean, twory koralowe, no i lazur, znów piach. Ładnie, ale chyba daliśmy się bardziej porwać wnętrzu kontynentu niż wybrzeżu. Wybrzeże, które udało się nam zobaczyć do tej pory (a nie jest to długi odcinek) zawsze wyglądało tak samo, nawet wysławione przy Esperance i Albany. No cóż, plaże rzadko nas zadowalają. Na kolejne plażowe spotkanie zapraszamy już niebawem (i nie będzie to za rok).

Great Ocean Road. Po jednej stronie Ocean Południowy, po drugiej wielkie pastwiska
Great Ocean Road. Po jednej stronie Ocean Południowy, po drugiej wielkie pastwiska

Esperance

Jedna z darmowych kuchni przy darmowym kempingu. Tutaj plaża wydawała się zdecydowanie ciekawsza i co najważniejsze zacieniona
Jedna z darmowych kuchni przy darmowym kempingu. Tutaj plaża wydawała się zdecydowanie ciekawsza i, co najważniejsze, zacieniona

Esperance

Ładnie, ładnie, ale gdzie ten cień?
Ładnie, ładnie, ale gdzie ten cień?
Albany - najważniejsze dla Australijczyków miejsce upamiętnienia II wojny światowej. Tutaj toczyła się walka okrętów w jednej z morskich bitew
Albany – najważniejsze dla Australijczyków miejsce upamiętnienia II wojny światowej. Tutaj toczyła się walka okrętów w jednej z morskich bitew
I plaża, do zobaczenia !
I plaża. Do zobaczenia !

One thought on “Kopalnie Kalgoorlie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *