Wspomnienia z Chorwacji

   Kiedy człowiek pracuje w biurze na etacie i ma tylko 26 dni urlopu w roku, to po jakimś czasie okazuje się, że coraz trudniej o kompanów podróży. Oczywiście w dawnych, świetlanych czasach wystarczyło zwrócić się z propozycją do znajomych i zawsze znalazło się kilka osób chętnych na wielodniowy wypad z plecakiem i namiotem gdzieś daleko bez większych planów. Normalna kolej rzeczy, ludzie się żenią/wychodzą za mąż, mają dzieci, psy, teściową i urlop zazwyczaj muszą planować z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. My z Agą pozostaliśmy sami na podróżniczo – wakacyjnym placu boju z naszymi wieloletnimi przyjaciółmi z drugiego końca Polski – Agnieszką i Żyłą. Jakoś tak się złożyło, że większość naszych spontanicznych wyjazdów odbyliśmy właśnie do Chorwacji. Chorwację planowaliśmy z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, ale także spontanicznie – z dnia na dzień. Takie zazwyczaj były najfajniejsze. Jest to dość popularny kierunek turystyczny, ale wyruszając tam poza sezonem, bez nerwów i zbędnych tłumów mogliśmy korzystać z atrakcji tego kraju.

Szlak Chorwacji pierwszy raz przetarliśmy motocyklami. Umówmy się, że był to wyjazd przypominający trochę film „Gang dzikich wieprzy”. Trzech, prawie trzydziestolatków wyrwało się bez swoich drugich (podobno lepszych) połówek na dwutygodniową wyprawę. Z racji tego, że było to już ładnych kilka lat temu postaram się wykrzesać to, co zostało mi w pamięci.

   Ruszyliśmy z Warszawy we dwóch: Robson (wtedy Yamaha Drag Star) i ja na swoim Marauderze. Przez Polskę przelecieliśmy jak burza, a na nocleg zatrzymaliśmy się u mojej rodziny w Gorlicach pod granicą ze Słowacją, pogoda była świetna, można było odkręcić manetkę i delektować się widokami zza szyby kasku. Gdzieś na Węgrzech (albo jeszcze na Słowacji) dołączył do nas opóźniony przez obowiązki Żyła. I tak kolejnego dnia byliśmy już we trójkę nad Balatonem. Balaton jakoś nie zrobił na nas większego wrażenia, pełno bogatych Niemców, kempingi przepełnione, a na dodatek w jedynym sklepie w okolicy kupiliśmy jedyną i ostatnią butelkę miejscowej „berbeluchy”. Do dziś pamiętam ten obrzydliwy smak węgierskiego trunku, a jak by tego było mało, wódka była obrzydliwie ciepła. Niby wszyscy zachwycają się węgierskimi winami, tokajami, niestety niczego takie nie widzieliśmy. Balaton najbardziej zaskoczył nas temperaturą i kolorem wody – ciepła szara zupa. Myślę, że podobne uczucie może towarzyszyć brodzeniu w ciepłej pomidorówce. Tylko kolor inny. Właściwie to nie był kolor wody, tylko jakieś piaski zabarwiały jezioro na szarosiwo. W każdym razie, stojąc w wodzie po kostki nie było widać stóp. Do samej Chorwacji dojechaliśmy bez większych przygód, na wjeździe do pierwszego większego miasta na wybrzeżu (Rijeka) oczywiście złapała nas ulewa. Przeczekaliśmy ją gdzieś pod jakimś wiaduktem i ruszyliśmy dalej. Sam wyjazd nie był oparty na żadnym planie, przez następne dni poruszaliśmy się drogą wzdłuż wybrzeża, nocując na kempingach lub na dziko pod gołym niebem. Z wszystkich noclegów najfajniejszy był ten w samym środku wioski o nazwie Sv. Juraj niedaleko Senj. Bez ceregieli postawiliśmy namioty przy przystani i po odpowiedniej dawce znieczulacza zalegliśmy w śpiworach. Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że w Chorwacji rozbijanie namiotów w innym miejscu niż kemping jest surowo zabronione i karane mandatami. W czasie naszych następnych wyjazdów nie chcieliśmy ryzykować i spaliśmy bez namiotu pod gołym niebem, no przecież jak nie ma namiotu to mandatu nie można wlepić. Nad ranem obudził nas potężny wiatr wiejący od strony gór, zwany przez miejscowych Bora-Bora. Nie znając jego siły próbowałem założyć soczewki kontaktowe przed motocyklowym lusterkiem. Oczywiście straciłem jedną z nich, a okularów z Polski zapomniałem. Wrodzona ślepota zmusiła mnie do poszukiwań szkieł w sklepach.

   Kolejne dni mijały na beztroskim wylegiwaniu się, ale już bez Żyły. Zanim się zorientowaliśmy dojechaliśmy na sam dół Chorwacji do Dubrownika. Gdzieś po drodze zajechaliśmy na pole namiotowe, na którym poznaliśmy Roberta, motocyklistę z Częstochowy. Nie zdążyliśmy zdjąć kasków, a Robert już przyniósł po zimnym Żywcu dla spragnionych motocyklistów z Polski. Nie ma to jak męska solidarność.

   W czasie drogi powrotnej chcieliśmy sobie urozmaicić trasę i postanowiliśmy wracać z Dubrownika przez Bośnię, potem znowu Chorwację, Węgry i Słowację. Pomysł był fajny, tylko okazało się, że w Bośni drogi są wąskie, kraj górzysty, a na dodatek w każdej wiosce stał patrol Policji nie tylko z radarem, ale i obowiązkowo z Kałasznikowem. Na szczęście bośniaccy kierowcy mają podobne zwyczaje, co polscy, bo ostrzegają długimi światłami przed każdą kontrolą. W okolicach Banja Luki mijaliśmy ciągnące się po obu stronach drogi zdziczałe sady. Napotkany przez nas chłopak, okoliczny mieszkaniec wyjaśnił nam, że były to pozostałości opuszczonych chorwackich gospodarstw. Na zachowanych budynkach kreślono sprayem znaki wskazujące narodowość lub wyznanie właściciela. Znak Chorwatów to ukośny krzyż z literką C.  Co ciekawe, obok takich wymarłych domów stały całkiem ładne, zadbane posesje ludzi, najwidoczniej wierzących w tego Boga co trzeba. Widok był naprawdę niecodzienny – biały domek z równiutkim trawnikiem, jak na amerykańskim filmie, graniczył z zarośniętymi chałupami z pozabijanymi deskami oknami.

Powrót do Polski poszedł nam całkiem sprawnie. Na Słowacji udało nam się nakłonić jakiegoś miejscowego motocyklistę, żeby pokazał nam hurtownię z oryginalnym Absyntem (taka wóda na bazie piołunu). Dawniej Absynt był przysmakiem bohemy, a nawet ulubionym napitkiem artystów okresu dwudziestolecia międzywojennego. Może dlatego, że oryginalny produkt zawierał substancję o nazwie THCX (niezorientowanych odsyłam do wikipedii;-). Gdzieś za granicą polsko-słowacką w Hyżnym ruszyłem na wschód do Rzeszowa odwiedzić Agę, a Robson pognał na północ do Warszawy. Całą drogę na Podkarpacie przejechałem w ulewie, byłem przemoczony do suchej nitki, dosłownie wszystko mi przemokło, zarówno na mnie, jak i w sakwach. Jakby tego było mało, 20 km przed Agi domem wyskoczyła mi z sakwy butelka Absyntu i stłukła się w drobny mak… Oczywiście Robson dojechał do Warszawy nie widząc nawet małej chmurki…

Wielu ludzi mówi, że jak ktoś raz pojedzie do Chorwacji, to już nigdy więcej w sezonie urlopowym nie wybierze się nad Bałtyk. Coś w tym chyba jest, bo odkąd pojechałem na Bałkany, nad polskie morze odpoczywać turystycznie nie pojechałem już ani razu.

Kilka rzeczy, które warto wiedzieć przed pierwszym wyjazdem do Chorwacji.

Jeżeli chcesz jechać do Chorwacji to wybieraj termin poza wakacjami, w czerwcu i wrześniu pogoda też jest piękna, woda w morzu ciepła, a wszystko jest o wiele tańsze niż w wakacje. Nie przejmuj się tym, że nie znasz żadnego języka obcego, język chorwacki jest na tyle podobny do polskiego, że z porozumieniem nie ma większych problemów. Dla amatorów miejscowych trunków produkowanych z moszczu winogronowego, potocznie zwanego Rakija, polecam zaopatrywanie się u gospodarza, u którego wynajmuje się pokój.  Raczej nie polecam kupna w przydrożnych straganach. Sprzedawcy na bazarach prawie zawsze oszukują turystów i mieszają Rakiję w wodą. Jadąc na Bałkany poza sezonem nigdy nie rezerwowałem pokoju, wybór jest tak duży, że miejsce noclegowe znajdzie się szybciej niż myślisz. Jeśli gospodarz nie będzie miał wolnego pokoju to zadzwoni do swojego kuzyna, ten na pewno będzie miał coś dla Ciebie. Pamiętaj, że szukając pokoju na tydzień można śmiało się targować, nam zazwyczaj udaje się zbić cenę z 40 – 50 euro za 4 osobowy apartament do 30 euro. Jest o co walczyć. Stołowanie się w restauracji jest fajne, ale dużo kosztuje, w każdej większej miejscowości jest market, w którym kupisz gotowe produkty na grilla, a każdy nadmorski dom ma grilla na wyposażeniu. Chorwacja słynie z owoców morza, jeżeli gdzieś późnym wieczorem zobaczysz łódkę na morzu, która ma oświetlenie niczym jupiter stadionowy to właśnie widzisz rybaków łowiących ryby na plankton, bądź pewien, że następnego dnia od godzin porannych w Twoim miasteczku w porcie będzie stał kuter z którego można kupić bardzo tanio i świeże ryby – pyszne na grilla. Bardzo polecam wybranie się gdzieś w głąb lądu w stronę gór, przy drodze znajdują się karczmy w których można zasmakować pysznego barana lub prosiaka z rusztu, w takie miejsca zazwyczaj nie zapuszczają się turyści i jedzenie jest szykowane jak dla miejscowych. Poza sezonem unikaj kempingów, ceny na kempingach są niższe niż kwatery o symboliczną kwotę, praktycznie za te same pieniądze można mieć apartament z prysznicem i kuchnią, no chyba że różnica jednego euro robi różnicę w twoim budżecie. Jadąc z Polski do Chorwacji autem, po drodze jedzie się przez kilka wsi w Austrii (zaraz za granica ze Czechami), w miejscowości Poysdorf w samym centrum wioski jest piwnica z winami okolicznych winiarzy, setki win, które można próbować za darmo przed zakupem, a ceny za butelkę są w okolicach 1,50-5 euro. Naprawdę warto się tam zatrzymać. Pamiętaj o zakupie winiet w każdym kraju przez który przejeżdżasz, w innych europejskich krajach też mają dziurę budżetową, którą trzeba załatać, a kto ma w tym pomóc jak nie goście z zagranicy.

 

 

.DSC00797 DSC00855 DSC00915 DSC00926 DSC00951 DSC01000 DSC01185 DSC01219 DSC01239 DSC05323 DSC05413DSC01011

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>