Kierunek wschód

   Po kilku latach autostopowego poznawania Europy Zachodniej zmieniłem kierunek na wschodni i południowo-wschodni. Zaczęło się od wyjazdu typu „czym się da” na Ukrainę i do Rumunii, ale to już były smutne czasy pracy na etat i ograniczeń czasowych. Przy pierwszym przekroczeniu granicy z Ukrainą największe zdziwienie u większości ludzi wywołują żółte rurki z gazem. U naszych wschodnich sąsiadów jakimś dziwnym zarządzeniem muszą być prowadzone odkrywkowo i przy każdej chałupie żółte „orurowanie” wije się po posesji. Trudno to sobie wyobrazić, ale na Ukrainie pierwszy raz widziałem drogi gorsze niż u nas – czyli jednak to możliwe w Europie. Najfajniejsze rzeczy z Ukrainy, które bym od nich zapożyczył to niesamowite pociągi i pyszne jedzenie (choć tłuste i niezdrowe) sprzedawane przez starsze panie na ulicy. Do Lwowa dotarliśmy tradycyjną trasą, czyli nocny pociąg „przemytnik” do Przemyśla, bus do Medyki, pieszo przez granicę do Szeginii i marszruta do Lwowa. Myślę że, każdy kto był na Ukrainie komunikacją zbiorową zna tę trasę, lub przynajmniej o niej słyszał. Dalej z Lwowa już tylko pociągami, to jest zdecydowanie najlepszy środek transportu na Ukrainie. Większość dalekobieżnych jedzie trybem nocnym, wsiada się wieczorem do wagonu, zajmujesz swoje miejsce leżące i rano budzisz się wypoczęty na drugim końcu Ukrainy. No chyba, że towarzyscy Ukraińcy postanowią zrobić imprezę i porozmawiać sobie z Polakami, wtedy o spaniu nie ma mowy. Kiedyś zdarzyło mi się całą noc przegadać w nocnym pociągu z palestyńskim lekarzem pracującym na Ukrainie – nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. Mała ciekawostka – im bardziej Ukraińcy chcą się z nami, Polakami dogadać, tym bardziej mówią po rosyjsku, a języki nasze skonstruowane są w ten sposób, że ukraiński jesteśmy w stanie zrozumieć  mniej więcej jak słowacki, a rosyjski to już niekoniecznie (przynajmniej ja tak mam).

Najpierw postanowiliśmy dojechać nad Morze Czarne do Odessy. W pamięci zapadł mi ośrodek turystyczny z domkami z płyt pilśniowych, na których to płytach było więcej pleśni niż paździerzy, cały ten nocleg kosztował niewspółmiernie duże pieniądze. Z ukraińskiego Morza Czarnego zapamiętałem również to, że na plażach był niesamowity bałagan, śmieci kłębiły się niczym na wysypisku, a normą były latające reklamówki i inne plastykowe odpadki. W tamtym czasie w Odessie można było zobaczyć pomnik Lenina, aczkolwiek nie wiem czy stoi do dzisiaj. Najpopularniejsza trasa z Ukrainy do Rumunii wiedzie przez Czerniowce na Ukrainie i Suczawę w Rumunii. Do Czerniowców dojeżdża się pociągiem, szybki przerzut trolejbusem na dworzec autobusowy i dalej to już łatwo, po prostu trzeba się kręcić z plecakiem w okolicach dworca w oczekiwaniu na auto jadące do Rumunii. Kurs do Suczawy kosztował 10 dolarów od osoby, za to wygody marne bo całe auto osobowe jest zawalone towarami na handel. W moim przypadku  bagażnik załadowany był ukraińskimi ikonami… Celnik na granicy dostał wkładkę w dowodzie rejestracyjnym i skupił się bardziej na naszych plecakach niż na bagażniku właściciela auta. W Rumunii moim osobistym odkryciem była mała nadmorska wieś, Mekka wschodnio-europejskich hipisów – Vama Veche. Zjeżdżali się tam ludzi z różnych zakątków świata, na plaży co kilkanaście metrów stała knajpa z alternatywną muzyką i imprezami, które często kończyły się w okolicach 8 rano. Miejsc imprezowych było naprawdę dużo, a jeżeli ktoś ustawił namiot w pobliżu, to już po pierwszym noclegu przenosił swój dobytek w bardziej ustronne okolice. Ciekawostką było to, że we wsi, w części gastronomicznej większość turystów chodziła w stroju „bez stroju”… panie też w stroju topless. Śmiesznie lub dziwnie wyglądała ekipa 2 par Niemców, dobrze po pięćdziesiątce, jedzących spaghetti nago. Myślę, że jakby coś takiego działo się w polskich Chałupach to Sławoj G. znany biskup grzmiałby z ambony, a Fakty TVN przeprowadzałyby transmisje live z komisyjnego ubierania Niemców. No chyba, że Sławojowi by się to spodobało i sam by był uczestnikiem posiłków w stroju Adama – w końcu taki posiłek trochę biblijny jest. Z nad Morza Czarnego pojechaliśmy zobaczyć słynny zamek hrabiego Draculi, a dokładnie Włada Palownika w Bran. Miejsce ciekawe i warte zobaczenia, szczególnie z zewnątrz. Wnętrze niczym szczególnym nie zachwycało, wystrój był mało efektowny, albo nie było go w ogóle. Kilka lat później dekoracje sal zostały zmienione i uzupełnione, na pewno wyglądało to lepiej po odświeżeniu. Zamek polecam wszystkim poza sezonem turystycznym, w wakacje z racji bardzo wąskich przejść i korytarzy tworzą się korki i zwiedzanie przebiega raczej w nerwowej atmosferze. Okolice zamku są wyjątkowo malownicze i każdy fotoamator będzie zachwycony scenerią, Bran najlepiej wygląda o wschodzi i zachodzie słońca – szczególnie polecam nastawienie się na sesję ze słońcem w roli głównej. Kolejnym miejscem w które się udaliśmy było miasto Brasov. Przewodniki upodobały sobie porównanie tego miasta do naszego Krakowa, ale ja żadnych podobieństw nie zauważyłem, może poza geograficznym położeniem miasta w kotlinie pomiędzy wzgórzami, a Smoka Wawelskiego to już n pewno nie stwierdziłem. Jeden cały dzień na zwiedzanie Brasova to wystarczający czas, oprócz Czarnego Kościoła (jak dla mnie to był brudny, a nie czarny) i kolejki linowej na szczyt okolicznego wzgórza nie ma tam za bardzo co robić. Kolejką można dojechać do napisu Brasov w stylu Hollywood, który góruje nad miastem; ze wzgórza można też zrobić ciekawe zdjęcia miasta, większość dachów na starym mieście jest czerwonych, co daje fajny efekt na fotografiach.

[wp_ad_camp_1]

Powrót do Polski odbył się w analogiczny sposób z małym przystankiem w Kijowie i Doniecku. Jeżeli chodzi o Kijów, to wydaje mi się miastem bardzo podobnym do Warszawy, czyli szerokie ulice z królującym socrealizmem oraz gdzieniegdzie małe enklawy starej zabudowy. Warte zobaczenia na pewno są liczne cerkwie, oraz Muzeum Czarnobyla. O cerkwiach nie będę opowiadał, bo to nie jest mój ulubiony temat. Jednym z  minusów muzeum jest brak podpisów pod ekspozycjami w języku angielskim (może coś się zmieniło). Samo muzeum nie zmieniło się od wielu lat i ekspozycja przypomina trochę nasze muzea z poprzedniej epoki, ale temat jest tak ciekawy, że nawet zaniedbane eksponaty i warstwy kurzu nie zdołają popsuć efektu. Mam nadzieję, że Muzeum zostało choć trochę odświeżone przed Euro 2012. W drodze do Kijowa mieliśmy przesiadkę w Doniecku, nie zwiedzałem tego miasta, wszyscy miejscowi mówili zresztą, że nie bardzo jest co zwiedzać. Na pierwszy rzut oka w okolicy rządzi przemysł, wszędzie fabryki i wielkie blokowiska, aczkolwiek nie widziałem całości. W pamięci zapadł mi widok robotników o 5 rano na dworcu. Wysiadali z autobusu i każdy obowiązkowo swoje kroki kierował do małej budki przypominającej nasz kiosk Ruchu, tam za kilka hrywien zamawiał „zestaw startowy” w postaci setki wódki (odmierzany miarką farmaceutyczną) i kawę w plastykowym kubeczku (taka około 30-50 ml). Konsumpcja następowała w ciągu 30 sekund i każdy z robotników kierował się do bram pobliskiego zakładu. Sytuacja powtarzała się za każdym razem gdy podjechał autobus. Taki codzienny rytuał.

   Ukraina i Rumunia są wspaniałymi krajami mającymi wielki potencjał turystyczny, który nie do końca jest wykorzystany. Ja na pewno wszystkiego nie widziałem i z wielką chęcią jeszcze nie raz wrócę do tych krajów. Dla podróżnika istotne jest niewyczerpane źródło jakiejś dziewiczości miejsc jeszcze mało dostępnych. Te kraje na pewno dają tego typu możliwość, należy tylko się spieszyć, póki wszystko nie zostanie odkryte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *