Turcja autostopem

   Do Turcji chcieliśmy jeszcze wrócić. Tym razem wybraliśmy inny sposób podróżowania po bezkresnych suchych terenach tego kraju, był to wybór oczywisty – autostop.

   Wylądowaliśmy samolotem w Stambule pod wieczór. Już pierwszego dnia szukając noclegu eksplorowaliśmy nocne zakamarki Złotego Rogu – najstarszej części miasta. Mieliśmy duże szczęście, bo o hostel za 10 euro w tamtych rejonach dość trudno. Mimo jednego wielkiego karalucha i brudnych materacy spędziliśmy miło wieczór na słuchaniu muezina i oglądaniu tryktrakowych (takie tureckie warcaby) miejscowych graczy.

Stambuł jest wielkim barwnym miastem, wypełnionym zapachem przypraw świata. Ze względu na położenie geograficzne, od wieków stanowił bramę do świata zachodniego z tajemniczych krajów Orientu. Dziś nie jest inaczej – do cieśniny Bosfor wpływają i wypływają wielkie kontenerowce z jeszcze większymi ładunkami.

DSC06858 DSC06836

 DSC06811 DSC06847

     Po zaliczeniu zabytków, do których Aga lgnęła jak mucha, postanowiliśmy poruszać się trochę po azjatyckiej części miasta. Pierwszy raz nogę w Azji postawiliśmy w porcie, na przystanku miejskiego promu. W tamtej części raczej nie spotykaliśmy europejsko wyglądających ludzi, sami Turcy też nie wyglądali jak wyjęci z ulic Berlina. Pachniało intensywniej, nie tylko mieszanką curry i kozieradką, ale też ulicznym i ludzkim brudem. Upał dodatkowo wzmagał wrażenie nadchodzącej autostopowej przygody. Tak sobie w ukropie smakowaliśmy życie mieszkańców, a co było najprzyjemniejsze – posmakowaliśmy tego, co jedzą. Turcja to nie tylko znany przez nas kebab w bułce. Ale o tym później. Będzie smacznie…

DSC06826 DSC07302 DSC06838

   Po dwóch dniach asymilacji w bezpiecznym stambułowym grajdołku, wyjechaliśmy na rogatki części azjatyckiej. Trudno się wyjeżdża z ogromnej zabudowy tamtejszej aglomeracji – trwało to dość… długo. Wyciągnęliśmy spocone i zakurzone ręce, nasze kciuki nie zdążyły się jeszcze dobrze wyprostować i… tir. Dobrze nie pamiętamy, jak wyglądał ten młody kierowca, ale żywo interesował się tym, jak my wyglądamy. Chyba się mu spodobaliśmy, bo zaproponował kupno naszych paszportów…

   Tym razem udało się nam wyjechać poza Stambuł, po 30 kilometrach od rogatek, złapaliśmy kolejnego zaintrygowanego kierowcę tira. Był to Yilmaz – mało uśmiechnięty Turek, „trochę” mówiący po niemiecku, posiadający córkę „trochę lepiej” mówiącą po angielsku. Nasz przyjaciel uknuł chytry plan językowej edukacji córki przez telefon. Lingwistyczne pogaduchy trwały aż do Ankary. Zwiedziliśmy wspaniałe, zielone tereny stolicy, rozciągały się wokół wielkiego miasta. Wśród zielonej gęstwiny ukryliśmy się my. Noc przespaliśmy w namiocie rozbitym na runie rozbitego szkła, tuż nad przystankiem 2 strefy miasta. Dalej było już tylko lepiej.

DSC06867 DSC06865

   Anatolia – część azjatycka Turcji, która określała w czasach osmańskich teren leżący w Azji Mniejszej. Wzdłuż wspaniałych krajowych dróg ciągną się suche pokryte żółtą trawą górzyste tereny Taurusu. Czasem można zobaczyć nieaktywne wulkany, których lawa ukształtowała tereny Kapadocji. Właśnie do niej zmierzaliśmy.

   Gdzieś w drodze do Kapadocji podziwialiśmy solne wyschnięte jezioro, na którym żerowały stada różowych flamingów. Zrobiło to na nas niesamowite wrażenie. Podobno na solnej białej skorupie jeziora ginie wiele zwierząt, natomiast te ptaki z powodzeniem mogą tam żerować dzięki odpornym na żrące właściwości wody nogi.

DSC06885 DSC06859

   Na kolejnych naszych „stopowych” wybawicieli długo nie musieliśmy czekać. Niektórzy byli trochę niepokojący, ale w końcu dotarliśmy do mocno turystycznej Kapadocji. Kto jeszcze tam nie był, niech nie zraża się komercyjnością tego miejsca. Wystarczy stronić od miast takich jak Göreme i wyruszyć samemu szlakiem anachoretów i ich mnisich podziemnych miast wykutych w tufach. Dla Agi wędrówka od jaskini do jaskini wiązała się dość mocno z zawodem. Ciągle odkrywaliśmy szczątki lub pełne wczesnośredniowieczne malowidła przedstawiające anioły, apostołów, symbole chrześcijańskie, a tuż pod nimi śmieci, papiery, ekskrementy. Temat wszędzie zalegających śmieci towarzyszył nam przez całą podróż. Dobro narodowe, jakim powinna być dla Turków ta historyczna kraina (zresztą wpisana na listę UNESCO), jest zasypana szczątkami współczesnej cywilizacji. Tuż obok rozgrywa się teatr barwnych, unikatowych malowideł i bogatego w historię terenu. Turków niestety charakteryzuje kompletny brak szacunku dla swojej przyrody.

DSC07049 DSC07042

DSC07032 DSC06922

   Wieczory w Kapadocji spędzaliśmy na podziwianiu różowych zachodów słońca. Klimat tego czasu jest wyjątkowy. Zamiast opisu, polecamy zdjęcia, choć te i tak nie oddadzą naszego niemego zachwytu. Dzień tam zaczyna się dość wcześnie, bo już o 4 rano. Zamiast budzika w komórce zamówiliśmy sobie alarm przypominający trąby grające tuż nad głowami. Po wyjściu z namiotu okazało się, że grały, ale silniki balonów turystycznych. Prawie przygnieceni koszami byliśmy zmuszeni do sztucznych uśmiechów i odmachiwania turystom… ci najwyraźniej byli rześcy i nad wyraz obudzeni.

DSC07065DSC07061 DSC06946DSC07100

   Polecamy zabranie ciepłych polarów w te tereny. Mimo 40-stopniowych upałów w ciągu dnia, nocą jest chłodno.

   Wzywało nas morze. I tym razem nie staliśmy długo w upale. Poznaliśmy Kurda, który ku naszemu zaskoczeniu, chyba świetnie sobie radził biznesowo w części „niekurdyjskiej”. Jeździliśmy z nim od miasta do miasta, kierując się na południe. Kurd biegał po biurach, a my odwiedzaliśmy prywatne domy w poszukiwaniu jedzenia i toalet. Między nami panowała jakaś niepisana umowa symbiozy. My umilaliśmy mu czas podczas jazdy opowiadając o nas po polsku, bo i tak nie miało to znaczenia w jakim języku do niego mówimy. Czasem Grzegorz prowadził samochód, a nasz towarzysz umilał sobie czas spaniem. I tak dojechaliśmy do Alany. Dalej poruszaliśmy się wzdłuż wybrzeża tamtejszymi marszrutami lub z Turkami częstującymi nas owocami kaktusa, w których pełzały robaki. Czasem groziły nam czołowe zderzenia, ale ratował nas tupet miejscowego policjanta, bo przecież ma pierwszeństwo na nadmorskiej serpentynie wijącej się nad przepaścią. Ale chyba nigdy nie zapomnimy podróży z rzeźnikami. Zapach mięsa, wielkie atakujące nas muchy i toczące się między nami zawinięte w gazety baranie łby po tylnej części samochodu szczególnie utkwiły nam w pamięci. Poza tym właściciele samochodu byli bardzo mili, jeden z nich mówił po rosyjsku, dzięki czemu ucięliśmy sobie słowiańską pogawędkę. Grzegorz do tej pory się zastanawia, czy on tak świetnie mówił po rosyjsku, nie ucząc się go wcześniej, czy ten Pan rozumiał na tyle dobrze słowiańskie dusze.

   Przez jakie miejsca przejeżdżaliśmy nie było ważne od momentu wzięcia do ust pierwszego kęsa kebaba z Adany. Podany na pięciu talerzach, składał się z pięciu elementów, bez których nie byłby kebabem z Adany. Na jednym talerzu leżały grillowanie kawałku baraniny i grillowanie ostre papryki. Na drugim – pomidory z cebulą posypane natką kolendry. Trzeci zawierał czerwoną cebulę skropioną cytryną. Czwarty wypełniony był po brzegi natką kolendry, z piątego wylewał się sos – pomidorowo-paprykowy. Jadaliśmy tylko wśród miejscowych. Mimo że były to tereny nadmorskie, turystów nie zobaczyliśmy przez kolejny tydzień pobytu na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Zmyślnie ominęliśmy Antalyę – znany wszystkim kurort turecki. Dalej na wschód nie zapędzano się ochoczo. Ze spróbowaniem tego kebaba, dość znanego w Turcji, mieliśmy dużo szczęścia, bo zaczynał się Ramadan. Dopiero po zmroku jedzono i bawiono się. Takie rodzinne imprezowanie trwało nierzadko do rana. Towarzyszyły temu wielkie przygotowania, wraz z rozbijaniem wielkich namiotów, które z łatwością mieściły wujów, ciotki, stryjów, dziadków, kuzynów, braci ciotecznych, siostry stryjeczne oraz misy, talerze, szklanki, samowary, salatery….

   Zmęczeni intensywnością wszystkiego postanowiliśmy odpocząć na jednej z plaż na campingu otoczonym sadem drzewek granatu i oliwki. Drugiego dnia wylegiwaliśmy się już na zimnym piasku w cieniu drzew w towarzystwie wielkich mrówek i za małych, by je dostrzec, komarów. Czas leniwie płynął, a my uczyliśmy się grać w tryktraka z właścicielką campingu, próbowaliśmy tamtejszych wegetariańskich przysmaków z bakłażanem w roli głównej i podglądaliśmy metrowe żółwie przypływające jakoś z Oceanu Indyjskiego (tak nam mówiono) w celu złożenia jaj. Dopiero po 22 wieczorem można było dostrzec wielkie żółwice składające kilkadziesiąt jaj do dołków. Z innych wykopanych wcześniej i zakopanych przez gadzie matki dołów wyłaniały się małe żółwiątka instynktem prowadzone do Morza. Codziennie rano na plaży można było spotkać pracowników organizacji przyrodniczej liczących jaja i zapisujących ich ilość na specjalnych tabliczkach. Niestety wiele z młodych żółwi nie przeżywa lęgu. Żółwie, którym nazbyt się przeszkadza w składaniu jaj, zawracają z plaży i składają jaja w morzu. Takie nie mają prawa rozwinąć się prawidłowo.

DSC07154 DSC07221

DSC07164 DSC07167

   Dalej podróż polegała już tylko na drodze powrotnej do Stambułu. Z Turkiem Ziyą, nawet autokarami z gorącym czajem, młodym Turkiem, którego zmuszono do zabrania nas na jednej ze stacji paliwowej.

   Co spotkało nas najlepszego w Turcji? Chyba wszystko – gościnność Turków i ich ciekawość nas, nawet troska o nas i nasze żołądki, co pokazano nam na plaży – podano nam pyszne domowe jedzenie. Zanim zdążyliśmy rozstawić namiot, na ławce czekały na nas dwie porcje obiadu. W zamian za niego chcieliśmy pozmywać, przyjęto jedynie napisane na kartce słowa podzięki po turecku. Właśnie – jedzenie, o którym można pisać poematy – śniadania z pysznym swojskim białym serem przegryzanym domowymi oliwkami i pomidorami, pity mączne wypełnione kolendrą, cebulą i sosem, grillowane warzywa i mięsa, słodycze pod postacią baklawy i chałwy, dziwne suszone słodkie brązowe strąki. Nie wliczamy bułki z wątróbką, ble. Całość zapijaliśmy czajem ulepkiem, podawanym wszędzie i za darmo.

   Pamiętajcie tylko – do kabiny tira wchodzimy boso – w zamian za to dostaniemy wszystkie wygody podróżowania autostopem.

DSC07245 DSC07295

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>