Początek

Urodziłem się o wschodzie słońca. Żartowałem, aż tak się rozwodził nie będę. Moja przygoda z podróżami zaczęła się w czasie przerwy maturalnej w moim liceum, podczas której pani od niemieckiego zorganizowała wycieczkę do Wiednia. Był rok 1996, wycieczka trwała 7 dni,

z czego większość czasu spędziliśmy w autokarze marki Autosan szukając odpowiedniej pozycji do tego, żeby nie przyklejać się do siedzeń. Upał był nieziemski, o klimatyzacji mało kto słyszał, jednak wszyscy byli tak podnieceni wycieczką za granicę, że nawet gdyby kazano nam jechać w futrach i czapkach uszatkach, to nikt by nie zaprotestował. Jak to pod koniec lat 90-tych, wszystko na zachodzie byłe lepsze, a my licealiści robiliśmy sobie zdjęcia na pamiątkę przy co lepszym samochodzie zamiast z pałacem Schonbrunn.

 

Wiedeń6 001

Dzisiaj taki wyjazd na nikim nie robi wrażenia, ale wtedy to było dla nas naprawdę coś. Ja osobiście czułem się jakbym odkrył co najmniej nowy kontynent, a kolorowego zachodu nie przyćmiło nawet to, że jakieś słowackie małolaty obrzuciły nas kamieniami na parkingu tuż za granicą. Pan od fizyki wystraszył się chyba międzynarodowego skandalu, kiedy nasza delegacja z odpowiedzią została natychmiast cofnięta do autokaru i niestety nie dane nam było przypieczętować przyjaźni polsko-słowackiej. Wydaje mi się, że byliśmy zwykłymi nastolatkami, ale jak teraz sobie pomyślę o tym co wyprawialiśmy, to w dzisiejszych czasach nasi opiekunowie na pewno wylądowali by na pierwszej stronie Faktu. Chyba, że dzisiejsza młodzież też chodzi po 10 centymetrowych gzymsach pomiędzy oknami na wysokości drugiego hotelowego piętra. Co do samej wycieczki… odbyła się na trasie Warszawa – Bratysława – Wiedeń – Bratysława – Warszawa. Wiele lat później okazało się, że pilotem na ów wycieczce był mój późniejszy wykładowca w Studium Turystycznym P. Przemysław Pilich – autor wielu przewodników i książek o tematyce turystycznej.

 

Minął rok i znowu zakwitły kasztany – czas matur, w związku z tym pani od niemieckiego zorganizowała kolejny wyjazd za granicę – tym razem pojechaliśmy na kilku dniowy wyjazd do Niemiec połączony z wizytą w niemieckim gimnazjum. Zdaje się, że było to w Wolfsburgu i Haldensleben. Jak na złość dzień przed wyjazdem złamałem nogę i przez całą  wycieczkę kuśtykałem z nogą w gipsie. Panią od niemieckiego prawie szlag na miejscu trafił, gdy na horyzoncie ukazałem się ja w towarzystwie kul. Najchętniej nie wpuściłaby mnie do autokaru, jakoś za mną nie przepadała (z wzajemnością). Dziennika z podróży jeszcze wtedy nie prowadziłem, ale dobrze zapamiętałem z naszego schroniska 4 kosze na śmieci. Kolejny symbol zachodnich fanaberii… żeby śmieci rozdzielać i wrzucać do osobnych pojemników? W każdym polskim domu przecież był tylko jeden kosz, najczęściej umieszczony w szafce pod zlewem w kuchni. W dzienniku wypraw powinienem jeszcze wspomnieć o meczu piłki nożnej z rówieśnikami z Niemiec. Rzecz niecodzienna, bo dostaliśmy tęgie lanie… czy to był przypadek, czy Synowieckiemu miejsce na trybunie zapewniła ciężka od gipsu noga…  Acha, na wycieczce okazało się, że pani od niemieckiego kręci z panem od fizyki – tym dyplomatą od Słowaków. Tak oto poznawałem okoliczne kraje.

Kolejny rok. Pojawił się okres największego buntu, klimaty okołohipisowskie. Nie pamiętam już kto dokładnie naopowiadał mi historii o autostopie, ale wystarczyło żeby w trzeciej klasie liceum pojawił się plan podobnego wyjazdu. Oczywiście rodzice nie chcieli o tym słyszeć i od razu postawili sprawę jasno – jak sobie zarobię, to będę miał na wyjazdy. Sąsiadka załatwiła mi pracę w fabryce proszku do prania. Niektórzy mi dziś nie wierzą, ale wtedy naprawdę proszek robiło się w zwykłej betoniarce. Śmigałem z wiadrami po 12 godzin dziennie przez pełny miesiąc od beczki do betoniarki, żeby zarobić coś w okolicy 600 pln. Wyjazd miał być cały na stopa, ale jakoś tak wyszło, że pojechaliśmy we dwóch autokarem rejsowym do Monachium, a potem na miesiąc przygarnęła nas pracująca w cyrku rodzina naszego kolegi z klasy. Przez cały miesiąc podróżowaliśmy z cyrkową ekipą po południowych Niemczech, co kilka dni zmieniając miejsce pobytu. Podczas tego wyjazdu kilka razy przemieszczaliśmy się stopem i wtedy właśnie się chyba zaraziłem straszną chorobą zwaną przeze mnie podróżowaniem niezorganizowanym. Acha, w tym roku pani od niemieckiego wpadła z panem od fizyki i wyszła za niego za mąż.

4 001

 

Roku pańskiego 1998 skończyłem 18 lat, i w moje pierwsze dorosłe wakacje ruszyłem już w prawdziwą podróż autostopową. Pojechaliśmy we dwóch z Warszawy do Portugalii. Do dziś pamiętam, że pierwsze auto zabrało nas z Warszawy z ulicy Połczyńskiej do Ożarowa Mazowieckiego, kierowcą był dentysta, a z Ożarowa zabrała nas Niemka jakimś vanem aż do Hanoweru. Byliśmy przeszczęśliwi, jeżeli w jeden dzień dojechaliśmy tak daleko to pewnie następnego dnia będziemy już w Amsterdamie – tak myśleliśmy. Do Holandii wjechaliśmy czwartego dnia…odebraliśmy lekcję autostopowej pokory. Do dziś miasto Osnabruck w Niemczech wywołuje u mnie mieszane uczucia, to tam spędziłem cudowne dwa dni na stacji benzynowej razem z 14 innymi autostopowiczami, którzy próbowali się wydostać z tego miejsca w jakikolwiek sposób.

7 001 8 001

Gdy dotarliśmy w końcu do Amsterdamu to okazało się, że ceny są tak wysokie, że z kempingu, który był około 10 kilometrów od centrum na zwiedzenia chodziliśmy pieszo. Pole namiotowe w Amsterdamie wyglądało mniej więcej tak jak Woodstock w Kostrzynie, czyli wszędzie flagi i opary dziwnie pachnących papierosów. Te same papierosy palił zresztą młody francuski kierowca tira w czasie jazdy, który parę lat później zabrał mnie na stopa gdzieś w Niemczech – to było niezapomniane przeżycie. Z Amsterdamu ruszyliśmy do Paryża, dziwne, że po latach pamięta się dokładnie szczegóły, a całą trasę już trzeba odtwarzać ze zdjęć. W każdym razie kierowca z którym wjechaliśmy do stolicy Francji był świeżo po ślubie i w bagażniku wiózł prezent dla swojej nowo poślubionej żony w postaci wielkiego obrazu olejnego na którym to właśnie był jej portret. Albo artysta był bardzo zdolny, albo naprawdę była piękną kobietą. W Paryżu wylądowaliśmy równo o zachodzie słońca pod samą wieżą Eiffla, krótkie ochy i achy spowodowały, że zapomnieliśmy o noclegu i spędziliśmy noc na karimatach w klombie żywopłotu na Polach Marsowych.

Eiffel Tour

W środku nocy obudziła nas policja, ale nawet o nic nie pytali, poświecili latarkami  i życzyli dobrej nocy. Następnego dnia jacyś Polacy powiedzieli nam, że w nocy pod wieżą Eiffla miała miejsce jakaś walka na kije od namiotu pomiędzy Polakami, a miejscowymi Arabami. Chyba mieliśmy dużo szczęścia. Kilka następnych nocy spędziliśmy na kempingu przy Lasku Bolońskim, ale z racji tego, że ceny były bardzo wysokie, udzieliliśmy sobie promocji na połowę noclegów wymeldowując się na recepcji, a meldując się przez dziurę w płocie. O dojeździe do Portugalii nie mogło być mowy, różnica w zasobności portfela między polakiem a obywatelem zachodniej Europy była zdecydowanie zbyt duża. Po miesiącu wróciliśmy szczęśliwi i pełni jak najlepszych wspomnień.

 

W następnych latach autostopową trasę Warszawa – Paryż poznałem lepiej niż ulicę Marszałkowską w Warszawie. Okazało się, że moi rodzice otrzymali kilkuletni kontakt w Paryżu, a ja oczywiście kursowałem do nich kiedy tylko mogłem gardząc 24 godzinnym autokarem. Po jakimś czasie doszedłem do takiej wprawy, że trasę Warszawa-Paryż potrafiłem przejechać stopem w mniej niż 30 godzin.

 

W tym momencie moje przygody podróżnicze zrobiły sobie kilka lat przerwy. Wszystko przez moją nową pasję. Zakupiłem okazyjnie czterdziestoletni motocykl rodzimej produkcji marki Junak M 10 i od tej chwili wszystkie wolne środki i czas były poświecone temu wspaniałemu motocyklowi. A że dziadek Junak był bardzo kapryśny, nasze wędrówki ograniczały się do Mazur i Bieszczad.

Moja choroba podróżnicza powróciła w 2004 roku kiedy to postanowiłem wyjechać na program Work and Travel do USA. To były koszmarne 3 miesiące ciężkiej pracy i jeden tydzień zwiedzania. Udało mi się zobaczyć  3 parki Grand Canyon, Zion i Yellowstone, oraz spędzić kilkanaście godzin w Nowym Jorku drepcząc z dwoma plecakami i dwoma torbami po Manhattanie. Do dziś uważam, że najpiękniejszy widok jaki w życiu widziałem to Grand Canyon o zachodzie słońca.

2 001 3 001

548358-R1-5A 548358-R1-11A

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>