Do Turcji motocyklem

Relacja z naszej siedmioosobowej wyprawy z Polski do Stambułu, która odbyła się w dniach 25.07 – 10.08.2008 spisana na gorąco przez Marcina „Żyłę” Żywickiego. Całość tekstu i wszystkie zdjęcia można obejrzeć na stronie www.bieszczadzik.prv.pl Dziękujemy Żyle za zgodę na publikacje jego wspomnień na naszej stronie.

Plan jest prosty: dojechać do Istambułu, po drodze zaglądając do wielu ciekawych miejsc, z naciskiem na Rumunię:) Pierwszego dnia, tj. piątek planujemy spotkać się pod Rzeszowem, a dokładniej w Błażowej Dolnej (chyba Dolnej:) Z W-wy/NDMu wyjeżdżają Geno z Agą (Suzuki Marauder), Jaro z Beatą (Suzuki V-Storm) i Jaro (Honda TransAlp). Wyjeżdżają i docierają suchą nogą:) Ja z Kurcokiem (Honda Shadow) planujemy wyjechać koło 15… planujemy, bo po zakończeniu pakowania zaczyna lać deszcz… nazwałbym to nawet oberwaniem chmury:) Wtedy nie było mi do śmiechu, bo deszcz leje do samego wieczora. Już na starcie opóźnienie, a jeszcze nie przejechaliśmy ani jednego z planowanych 2500 km w jedną stronę. Także jak dla nas (Aga i ja) pierwszy dzień mija pod znakiem niepewności, lekkiego wkurwa i wieczornego drina wciąż w Rudzie.

Drugi dzień dla nas Rudzielców zaczyna się wcześnie, bo koło 4 nad ranem… trzeba nadrobić zaległości z poprzedniego dnia… już koło 5 wsiadamy i zasuwamy:) Na drogach luz, pogoda w miarę, więc już koło 9 jesteśmy za Rzeszowem i czekamy na resztę ekipy wyjazdowej. Potem wszyscy kierujemy się na przejście graniczne… chociaż może słowo „wszyscy” jest nieco przesadzone, bo Jarek zostaje nieco z tyłu w poszukiwaniach kantoru i goniąc nas później ląduje w Medyce, podczas gdy my czekamy na niego w Korczowej:) Jedyne 20-30 km różnicy, które Jarek szybko koryguje:) Za to przejście graniczne z Ukrainą – poezja:) Jeśli uważasz, że masz dobre nerwy to polecam w ramach samo sprawdzenia:) Jeden z Ukraińskich pograniczników kieruje nas pod sam przysłowiowy szlaban, Geno z Agą przechodzą odprawę dość sprawnie i wtedy innemu ichniemu żołdakowi przychodzi na myśl, żeby pozostałe nasze motocykle cofnąć na koniec kolejki:) Przed nami 3 godziny w ukropie i nieustających bluzgach na Ukraińców. Po wspomnianym czasie, wypełnieniu paru papierków i udzieleniu lekko zanietrzeźwionym Ukraińskim celnikom wyczerpujących informacji na temat cen motocykli itp. jesteśmy wreszcie w pierwszym obcym państwie na naszej drodze. Kierujemy się na Lwów i od razu praktycznie zaczynamy żałować, że wybraliśmy Ukrainę, a nie Słowację. Droga masakryczna… najgorsza polska droga zaczyna się jawić jako luksusowa autostrada:) Znowu bluzgi i szczękające zęby:) Na szczęście od Lwowa zupełnie inna bajka: nowiutka, prosta i elegancka droga… Lekkie zawirowania nawigacyjne, żeby znaleźć obwodnicę Lwowa i potem kierunek Iwano-Frankiwsk (niegdyś nasz Stanisławów) przez Stryj. Po drodze pogoda parę razy płata figla, część chmur udaje nam się ominąć, części udaje się nas dopaść… Nie sposób nie wspomnieć tu o żarełku jakie sobie fundujemy w przypadkowej knajpie w przypadkowej wiosce prze drodze. Chyba każdy przyzna, że TAKICH żeberek to jeszcze nie jadł:) Ja na pewno nie jadłem:) W międzyczasie jeszcze negocjacje w przydrożnym motelu odnośnie noclegu… mieliśmy lekkie problemy z płynnością finansową, bo początkowo planowaliśmy przejechać Ukrainę w jeden dzień, na nocleg dojeżdżając aż do Rumunii i tym sposobem nie wymieniliśmy za dużo hrywien. Reasumując: na nocleg dla naszej 7 mamy kasiorkę, ale ani gorsza na trunki wieczorne, więc spadamy… w deszczu i ciemnej nocy dojeżdżamy do Stryja… kantor, i poszukiwania noclegu… udaje nam się go znaleźć pytając w środku nocy człowieka spotkanego na przystanku… a osobnik ów okazał się Polakiem:) A myślałem, że tylko w Irlandii i UK nas pełno:) Wskazany hotel wygląda dość burżujsko, czyli to czego nie lubimy… po lekkich negocjacjach cenowych decydujemy się zostać… w sumie to nie mamy za bardzo wyjścia… jesteśmy deko zmoknięci, jest koło północy, innych opcji noclegu nie ma… Szybkie zajęcie pokoi, i wszyscy lądujemy na dole, żeby zabić smutki dnia mijającego… jak zwykle udaje nam się to bez większych problemów… Ukraińska wódka prawie jak nasza, browar też:)

„Rankiem” trzeciego dnia szybie pakowanie i znowu obieramy kierunek Iwano – Frankiwsk… Już poprzedniego dnia dostajemy informacje od obsługi knajpy, gdzie imprezujemy, że możemy mieć problemy z dojazdem do tego miasta, bo na dużej części Ukrainy spustoszenie sieje powódź: mnóstwo mostów jest pozrywanych, drogi pozalewane i nieprzejezdne… na szczęście czarny scenariusz się nie sprawdza: udaje nam się dojechać aż do Czerniowców, ale kilka objazdów musimy zaliczyć z powodu zerwanych mostów. Przejeżdżamy też przez dziesiątki wsi całkowicie zalanych. Miejscami jedziemy drogą, gdzie po obu stronach domy stoją 1m w wodzie… a nas i drogę ratuje fakt, że jest posadowiona nieco wyżej niż reszta wsi. Bywało tak, że nawet jeden pas ruchu był zalany i tylko ruch wahadłowy pozostałym suchym pasem ratował nasze km-y. Prawie nie spadłem z motocykla jak zobaczyłem jeden obrazek: śmigamy sobie kulturalnie, nie za szybko i nagle przy drodze w środku pola wyrasta sznur zaparkowanych samochodów, a po polach z siatkami śmiga cała masa tubylców… szybka dedukcja i: po lekkim opadnięciu wody brodząc po kolana ludziska z pól wyłapywali ryby, które przyniosła tu powódź:) Zabawnie to wyglądało. Przejście graniczne Ukraina – Rumunia… zero problemów, zero podobieństw do Korczowej… miło:) Kierujemy się do Suczawy, pierwszego większego miasta w Rumunii… już wcześniej zdzwaniamy się z Ołówem i Basią, którzy zwiedzają Rumunię katamaranem… dostajemy azymuty gdzie się kierować… na początek Gura Humuruli. Z lekką niepewnością w drodze wreszcie docieramy, spotykamy wspomnianych Basię i Ołówa… i żarcie… wszyscy głodni jak psy… choć nie jak te wałęsające się setkami po całej Rumunii, bo te wyglądają na nieźle wypasione:) W knajpie bariera językowa, ale za pomocą kartki i długopisu również można narysować frytki, kotleta z wieprzka (którego można pomylić z kotem:) i sałatkę. Następnie kierujemy się do wsi Plasa (Płasza). Wielu z nas czytało, słyszało ale dopiero teraz doświadczyło tego: w Rumunii są 3 „polskie” wsie… polskie, bo wszyscy mieszkańcy wywodzą się z Polski i mówią po Polsku (niektórzy już dość łamaną polszczyzną, no ale nam do prof. Miodka też sporo brakuje:). Aga Gena w przewodniku wyczytuje skąd nasi rodacy wzięli się w tych okolicach… o ile mnie pamięć nie myli, to był to XVIII wiek i pochodzą oni z okolic Wieliczki. Mogę się mylić:) Pani Jadzia prowadzi cosik w rodzaju agroturystyki i sklepu. Jej klientami odnośnie noclegów są głównie Polscy turyści… np. tacy jak my:) Klimat baaardzo przyjazny, ceny również, bo chyba 10 ojrasów na nocleg… browarek w sklepie też jest:) No i są oczywiście zapasy z ostatniego sklepu po stronie Ukraińskiej, gdzie gorzałka kosztuje prawie tyle co u nas lepsza woda:) Wieczór miły w poszerzonym Polskim gronie, no bo przecież są jeszcze Basia i Ołów i jeszcze jakaś dwójeczka Polaków też wyposażona w 2 kółka, tyle, że napędzane własnymi nogami. Jeszcze o jednym fakcie należy napomknąć: Plaża położona jest w okolicy, gdzie najlepiej dojechać quadem czy crossem… no chyba, że ktoś lubi jeździć cruiserem po górskiej kamienistej drodze, którą płynie sobie strumyk:)

Czwarty dzień to lekkie rozczarowanie… zwłaszcza dla Ołówa i Basi, którzy chcieli z samego rana, skoro świt ruszyć w Maramuresz… oczywiście po jajecznicy z kurkami:) Katamaran Ołówa ni huhu… probujemy Złotą Strzałę również uruchomić na popych, ale bez rezultatu. Ołów za pomocą gestów załatwia od ludności tubylczej prostownik i pozostaje mieć nadzieję, że była to wina akumulatora… kilka godzinek ładowania i jest! Autko uruchomione. My możemy zbierać się w kierunku Shigishoary. W międzyczasie jeszcze zwiedzanie monastyru, gdzie Geno o mało nie musiał zostawić zafascynowanej ścianami Agi:) Droga niezwykle malownicza, bo wiedzie przez góry. Jedynym problemem tej drogi jest od pewnego miejsca jej… brak:) Za jedną z wielu serpentynek nagle się okazuje, że „tu asfalt się kończy, a zaczyna blues”… i tak może ze 30 km… jedziemy sobie po kamieniach, wymijając pracujące walce drogowe, ciężarówki i koparki:) Chyba w Bystrzycy zatrzymujemy się na obiad, gdzie niejednogłośnie, ale jednak bojkotujemy włoską knajpę i idziemy do wyglądającego na miejscowy lokalu. A nad nami czarne chmury… serio były czarne:) Obsługa na tyle miła, że pozwala schować motocykle z całym dobytkiem do garażu. Kolejna przeprawa z kelnerem… koleś gada po angielsku, ale ciężko nam idzie wspólne tłumaczenie menu z rumuńskiego… ostatecznie mało kto dostaje to, czego oczekiwał, a niektórzy dostają z włosami:) I tu nasuwa się dygresja: coś co ma być kotletem z frytkami, może się okazać plackiem ziemniaczanym z gulaszem:) W sumie prawie wszystko się zgadza: jest mięso i są kartofle:) I jeszcze odnośnie sałatek: oczekując sałtki pomidorowej, nie zdziwmy się, dostając pokrojone w plasterki pomidory bez żadnych przypraw i sosów:) Na koniec jeszcze przekonujemy się, iż Rumuni też nie przepadają za Cyganami (nie utożsamiać jednych z drugimi broń boże!). Już po wyjściu z knajpy Jarek wraca się, gdyż myślał, że zostawił kask w środku… No i tłumaczy o co chodzi, a kelner gestykuluje, że kask zabrała jedna z dziewczyn z naszej ekipy, i że „no Cyganos cam ca ram cam”:) To już chyba staje się regułą podczas tego wyjazdu, że wszędzie docieramy po zmroku… żeby nie powiedzieć w nocy:) Również w Sigishoarze noclegu szukamy prawie po omacku, znaczy się po drogowskazach… Decydujemy się na kemping, a dokładniej na nocleg w namiotach. Jeszcze przed nami wieczorne i pobieżne zwiedzanie miasta, które nocą prezentuje się rewelacyjnie, zwłaszcza za sprawą wzgórza zamkowego ciekawie o świetlonego.

Poranek a właściwie dopołudnie piątego dnia przeznaczamy na Sigishoarę. Malownicze uliczki, stare miasto z Wieżą Zegarową i nie tylko. Początkowo dalszym punktem docelowym ma być Braszów jak najkrótszą drogą, ale plany nieco modyfikujemy… wciąż chcemy dotrzeć do Braszowa, ale „nieco” okrężną drogą, czyli przez Trasę Transfogaraską, która jest wymysłem złego duch tego kraju, czyli Nicolae Caucescu. Droga wspina się na wysokość około 2500 m. npm. od strony północnej podjazdami długości około 27 km, by po przejechaniu tunelu w okolicach szczytu rozpocząć zjazd o długości około 120 km. Podjazd rewelacyjny, widoczki świetne, na górze jeden wieli piknik… mnóstwo turystów, gdyż trasa ta jest niemałą atrakcją turystyczną… my też jesteśmy tego dowodem:) U szczytu jeszcze tylko pół godziny czekania na żarełko robione na szybko, czyli na wpół surowe… mić – nie polecamy:) No i naleśniki z mikroskopijną ilością dżemu – też nie polecamy:) Zjazd w pierwszej części malowniczy i ciekawy, ale po kilkudziesięciu km robi się nużący i męczący, tym bardziej, że stan drogi pozostawia wiele do życzenia:) Po dojechaniu do Art Mures odbijamy w stronę Braszowa… Burza, której uciekliśmy w Górach Fogaraskich zahacza nas lekko kilkadziesiąt km-ów dalej… Wciąż jedziemy niezwykle malowniczymi bocznymi drogami przez kolorowe wsie. W związku z zapadającym zmrokiem znów modyfikujemy plany i chcemy dotrzeć tylko do Branu – legendarnej niby-siedziby Wlada Palownika, znanego częściej jako Drakula. I od razu wyjaśnienie: Zamek w Branie nigdy nie był siedzibą Drakuli:) Jest to tylko wymysł miejscowego marketingu turystycznego, zresztą przynoszącego wspaniałe wyniki, bo turystów tam mnóstwo. No ale tego dnia nie udaje się dojechać do Branu… Mapy Rumuńskie średnio dokłądne są co do podawanych kilometrówek… teoretycznie już 20 km temu powinniśmy dotrzeć do Branu, ale miejscowości jak nie było tak nie ma. Od dłuższego czasu ciemna noc, zaczyna porządnie padać deszcz i nagle awaria Cienia… awaria, która wydawała się poważna skończyła się na założeniu linki sprzęgła na uchwyt, z którego się zsunęła. Ufff:) Wprawne oko Gena szybko zauważyło tą „pseudo awarię”:) Teraz tylko znaleźć nocleg… jakikolwiek pod dachem, bo średnio uśmiecha nam się rozkładać w nocy i deszczu namioty i to pieron wie gdzie tak naprawdę:) I nagle oczom naszym ukazuje się całkiem całkiem wypasiony motel-hotel… trochę nas przeraża jego wygląd, gdyż śmierdzi trochę wysokimi cenami, ale nie jest najgorzej…nasze portfele to wytrzymają, a grzbiety nasze będą wdzięczne za suchy i ciepły kąt do spania:) No i stoliczek, na którym można coś postawić:) Z balkonu nie widać nic, ale droga jaką przebyliśmy tego dnia mówi, że okolica może być nietuzinkowa…

Nasze przypuszczenia z poprzedniego wieczora potwierdzają się rankiem szóstego dnia. Naszym oczom ukazuje się piękna panorama najprawdopodobniej Gór Fogaraskich. Można by rzec: jak w bajce:) Szybko zbieramy się i suniemy w kierunku Braszowa… Po drodze mijamy jeszcze kuszący Rasnow… ech szkoda, że nie poświęciliśmy godzinki czasu, żeby go zobaczyć z bliska:) A Braszów… gigantyczne miasto (w porównaniu do wszystkiego co do tej pory spotkaliśmy), które wita nas 6 pasami ruchu w jednym kierunku:) Chwila pokręcenia się po centrum w celu znalezienia lokum… rezygnujemy z 3 hosteli, bo średnio podoba nam się spanie pokoju 5x5m w 14-16 osób… Kierujemy się na dworzec kolejowy, gdzie mamy nadzieję znaleźć kobietę, która załatwia noclegi na prywatnych kwaterach. Niestety na dworcu jej nie ma, ale w przewodniku jest do niej numer telefonu. Pani ta bardzo szybko wytłumaczyła nam gdzie mamy się udać… oczywiście dopadły nas lekkie problemy logistyczne, bo ciężko znaleźć mała uliczkę w spory mieście, którego nie znamy ni w ząb:) Kolejny raz przekonujemy się o rewelacyjnym nastawieniu Rumunów do Polaków… starszy pan, czekający na dworcu na kogoś, nieznający ni słowa po polsku ani angielsku pokazuje, że mamy jechać za nim:) Zaprowadził nas prosto na miejsce. Już na głównej ulicy witała nas machająca rękami starsza kobieta, która już wiedziała, że ma szukać 4 motocykli:) Zabawnie to wszystko wyglądało:) Nocleg bardzo fajny za przyzwoite pieniądze, rzekłbym nawet nieco poniżej średniej z tego wyjazdu, bo 10 ojrasów ode łba. Szybka instalacja i ruszamy na miasto. Eskapada miejska zaczęta od poszukiwania przybytku zwanego przez nas i głównego prowadzącego, czyli Gena, jako Warzywniaka. Po parudziesięciu minutach znajdujemy: mała, zatęchła piwniczka przy jednej z głównych dróg, gdzie prosto z drewnianych beczek sprzedawane jest świeże wino (tak białe jak i czerwone) i… bimber:) Trunki kupuje się na szklaneczki… tak na oko takie 200 ml i płaci za to grosze. W środku paru starych bywalców, ale pełna kulturka. Wino podobno bardzo dobre… nie wypowiadam się, gdyż nie jest fanatykiem tego trunku:) Ma się rozumieć, że spróbowałem, ale ja tam się nie znam:) Nadeszła chwila na główny punkt programu: bimberek:) Również grosze, szklanki tak samo brudne, ale nieco mniejsze… no może oprócz mojej, którą jak zobaczyłem to aż się przeraziłem:) Z „lokalu” tego wychodzimy już w świetnych humorach… no i jeszcze z zapasami winka w butelkach zastępczych po piwku, które właściciel ma na zapleczu dla chętnych na jego towary na wynos. Zwiedzanie miasta od razu idzie nam przyjemniej:) Na kolejnym piwku wysnuwamy (męska część wysnuwa) teorię o grasującym Drakuli, który 70% fajnych dziewczyn w Braszowie pokradł staniki:) Fajne miasto:) Niestety: Czarny Kościół zamknięty już, kolejka na górę nad Braszowem również zamknięta… trochę atrakcji minęło nas przez pijaństwo… ale i tak było warto:) Już w drodze powrotnej siadamy w świetnej knajpie w centrum miasta, ale w bramie, gdzie nie ma tłoku, jest dobre żarcie i browarek i ceny są dość przystępne. Wracamy późnym wieczorem lekko – oczywiście zahaczając o nocny sklep. Pani sprzedawczyni na pytanie o piwo proponuje jakieś zachodnie sikacze, ale my oczywiście chcemy Ursusa i Ciuca, na co pani reaguje niekłamanym zadowoleniem:) Dzień ogólnie rzecz biorąc minął pod znakiem najebki:)

Siódmego dnia postanawiamy dostać się już nad Morze Czarne do Vama Vece. Z Brasowa wcześnie rano kierujemy się w kierunku Bukaresztu… staramy się ominąć centrum, ale bez sukcesu… Przed Bukaresztem gubimy się, albo można to też nazwać rozdzieleniem: Jarek pomknął osobno, W Bukareszcie jeszcze Jaro z Beatą giną nam w korkach… Masakryczne miasto… totalnie zero oznaczeń w mieście. W końcu udaje nam się wydostać na autostradę prowadzącą do Constancy. Spotykamy się wszystkimi 4 motocyklami na jednym parkingu i ustalamy, że spotkamy się za jakieś 100 km na innym. Geno i ja mykamy sobie kulturalne 110, Jarek i Jaro pomknęli do przodu. Autostrada ogólnie nudna jest, ale czasem można dostrzec coś ciekawego… wzdłuż autostrady na 4 wozach zaprzężonych w konie jedzie sobie spokojnie Cygański tabor… my Polacy znamy to chyba tylko z filmów:) Można też spostrzec inne dziwy: porozrzucane po asfalcie strzępki rzeczy osobistych, a wśród nich palące się buty. Nie da się opisać naszego zdumienia i chęci wydedukowania skąd te rzeczy wzięły się na drodze… mnóstwo teorii kołacze do głowy. Niespodzianka wyjaśnia się jakieś 5 km dalej:) Jaro i Jarek stoją na poboczu i dokonują oględzin nadapalonego TransAlpa:) Tekstylna sakwa dotykała rury wydechowej i zwyczajnie się zapaliła:) Jarek tak zafascynowany rumuńską autostradą nie zauważył nawet, że jest śmigającą pochodnią. Dalsza droga bez większych sensacji… w Constancy odbijamy na Vama Vece… po jakiejś godzince jesteśmy w chwilowym punkcie docelowym. Rozbijamy namioty, zaopatrujemy się w browarki i raczymy się widokiem Morza Czarnego… no i ma się rozumieć tym, co tu Drakula nawyprawiał:) Niektórym to wszystko pozabierał:) Rozbijamy się koło jednej z knajp, a raczej koło 4 różnych knajp… co się później okazuje naszym największym błędem:) Nie da się spać w środku dyskoteki:)

Ósmy i dziewiąty dzień to słodkie lenistwo, taplanie się w Morzu, podziwianie… no i słodkie pijaństwo:) I kolejne nieprzespane noce… no chyba, że pozostaje opcja wytargania karimaty i śpiwora z namiotu, zostawienia go na pastwę losu i znalezienia cichszego kąta.

Dziesiątego dnia wcześnie rano zbieramy graty z plaży… ja jej mam serdecznie dość… i śmigamy w kierunku Turcji… znaczy się najpierw tranzytem przez sporą część Bułgarii… Bułgaria, a raczej jej nadmorska część, to jedna wielka budowa kurortów wypoczynkowych i apartamentowców. Z Bułgarii to najlepiej będę wspominał melony kupione gdzieś przy drodze za Rumuńskie leje a zżerane na pierwszej stacji benzynowej:) Górskimi drogami docieramy na przejście graniczne Bułgaria – Turcja, które ma być decydującym dla mnie i Kurcoka… Przed wyjazdem dostaliśmy informacje o „paru” formalnościach związanych z motocyklem, jakich musiałem dopełnić aby wjechać na terytorium Turcji, a których nie dopełniłem z paru powodów, licząc na fart. Przejeżdżając przez 3 czy 4 stanowiska na granicy na gębie mojej pojawia się uśmiech, że oto jestem w Turcji bez całej tej papierologii, a tu niespodzianka… Turecka granica dopiero przed nami:) No i znowu kilka stanowisk, papierków, wiza i dopiero teraz jestem pewien, ze się udało:) I zaraz za przejściem folklor, do którego już się przyzwyczailiśmy w Rumunii: droga się kończy, znaczy asfalt się kończy i zaczyna się jazda po placu budowy:) Na szczęście tylko „parę” kilometrów… potem już drogi jak marzenie:) W ogóle bardzo malowniczy kraj:) Zjeżdżamy do pierwszego większego miasteczka, żeby zapchać brzuszyska… wchodzimy do pierwszej lepszej knajpy i jak zwykle na tym wyjeździe gościnność ludzi nas rozbraja. Jedzenie pierwsza klasa i gdyby nie hordy dzieciaków skaczące po naszych motocyklach (no dobra: po Gena motocyklu:) byłoby super. Zupełnie przez przypadek trafiamy do sklepu, gdzie sprzedają tylko chałwy… kilkadziesiąt rodzajów chałwy na wagę… raj:) Zaraz po wejściu zostaliśmy poczęstowani… to tak na zachętę przed zakupami:) Oczywiście do tych ostatnich dochodzi… nawet do konsumpcji chodnikowej dochodzi:) Zasuwamy dalej z myślą dotarcia do Stambułu… Jadąc autostradą mamy dziwne wrażenie, że jakiś ten kraj podobny do naszych zachodnich sąsiadów… nawet na drodze samochodów z magiczną literką „D” jest jakieś 80%:) Widać dla Niemców-Turków to też okres urlopowy i wszyscy wracają odwiedzić stare śmieci:) Jakieś 40 km od Stambułu na drodze zaczyna się Turecka codzienność, a dla nas Polaków horror. Jest noc, samochody w tajemniczy sposób zmieniają pasy ruchu, o żadnych migaczach nie może być mowy, za to nieodzownym elementem staje się klakson:) To wszystko i zmęczenie powodują, iż szukamy pierwszego lepszego zjazdu z autostrady i szukamy noclegu. Pierwszy hotel odstrasza ilością gwiazdek i cenami jak dla nas równie kosmicznymi co gwiazdki… szybko znajdujemy hotelik, który pomimo, iż jest obskurny, zatęchły czy też nawet śmierdący jest na naszą kieszeń, ma łóżka i ciepłą wodę. Z balkonu naszym oczom ukazuje się dość spory targ, na który zaraz się kierujemy. To nasze pierwsze obcowanie z Tureckim bazarem:) Piwko, tubylcze żarełko i jest ok:) Bazar trwa na szczęście tylko do północy, więc spokoju naszego nic nie burzy… miła odmiana po Vama Vece:)

Obieramy kierunek Istambuł – jest to już jedenasty dzień naszej eskapady. Wjechać do Stambułu jest w miarę prosto… ale znaleźć coś w nim… Po paru perturbacjach drogowych lądujemy w okolicach, gdzie chcemy szukać hostelu… chcemy i znajdujemy:) Główna ulica miasta, a raczej jego dzielnicy handlowo – rozrywkowej. Hostel taki sobie… bez rewelacji ale i bez odrzucenia:) Porzucamy nasze graty, znajdujemy parking dla naszych maszyn i ruszamy w miasto. Wszystko tu dla nas nowe… a dużo rzeczy dodatkowo smacznych:) Cały dwunasty dzień przeznaczmy na zwiedzanie miasta, począwszy od meczetów, poprzez bazary mały i duży a skończywszy na paru knajpkach. Taka rada: nie polecam przedrzeźniania Mułły nawołującego 5 razy w ciągu dnia do modlitwy… miejscowi mogą uznać to za obrazę i rzucanie piorunów w spojrzeniach może się okazać najmniej dotkliwą konsekwencją w tym gorąco krwistym narodzie:) Trzeba też uważać na własne pragnienie… meczet na meczecie, a wokół nich jest zakaz sprzedaży alkoholu… czasem nieźle trzeba się nadreptać, żeby znaleźć zwykły spożywczak ze zwykłym browarkiem… No i znowu pioruny w oczach na widok pijących na chodniku, a właściwie na ulicy nieznajomych:) W Stambule miła niespodzianka: kolejny raz spotykamy, a raczej widzimy przejeżdżających Chorwatów, których pierwszy raz spotkaliśmy przed Przełęczą Transfogaraską:)

Co za dużo to niezdrowo… trzynastego dnia planujemy opuścić Turcję ze sporymi zapasami Rakiji, chałwy, chustek i fajek wodnych:) Kierunkiem, jaki obieramy jest Grecja, okolice miasta Alexandropulis. Po kilku godzinach docieramy do Makri, znajdujemy nawet przytulną plażę, która posłuży nam za nocleg:) „Zaliczamy” kolejne morze…tym razem Egejskie (wcześniej: Czarne i Marmara)… nasz wyjazdowy człowiek-ryba, czyli Jarek niemal od razu wskakuje do wody… Na plaży jest bar, niestety odstraszają nas trochę ceny… jakoś damy radę:) Szybkie kanapki w barze, szybko też okazuje się, że obsługa jest bardzo przyjazna, można by rzec nawet przyjacielska… szybko zostajemy z molestowani na barową Tequilę. Jeszcze milej się robi, gdy okazuje się, że nie jest to jedna kolejka, a kilka i że wszystko na koszt firmy:) My trochę wcześniej na plaży „robimy” zapasy ze strefy bezcłowej i już nam humorki dopisują:) Szybko też w barze pojawiamy się z własną flaszką i tym samym przyjaźń Polsko-Grecka zostaje przypieczętowana:) Tak nam mija cały wieczór do późnych godzin wieczornych… chyba późnych:) Zgodnie stwierdzamy, że jest to najprzyjemniejsze miejsce, do jakiego trafiliśmy podczas tego wyjazdu:) Na szczęście chyba wszyscy rozmawiają po angielsku, więc nasze ręce nie męczą się aż tak bardzo w trakcie konwersacji. Spotykamy też kolesia, który studiował w Polsce. Baaardzo miły wieczór.

A ranek czternastego dnia… to już zupełnie inna historia… jedni mają potwornego kaca, inni przemienili się w wielko-twarzowe stworki o wąskich oczach:) Obsługa w barze inna niż wczorajszego wieczoru, ale już doszły słuchy o naszych wyczynach… o tym, że Jarek stał się barmanem też:) Nic-nie-robienie w takich warunkach jest genialne… leżaczek, hamaczek … zimna cola na kaca… Niestety koło 13 zbieramy swoje graty, jeszcze tylko śniadanie w najbliższej wiosce i w drogę… I znowu udaje nam się spotkać widzianą już wcześniej dwukrotnie trójkę (a dokładniej szóstkę) Chorwatów. Oni też są zdziwieni wszyscy nie możemy wyjść ze zdumienia co do tych zbiegów okoliczności… żeby było śmieszniej: oni też śmigają na Sofię:) tego dnia planujemy wyjechać z Grecji, przejechać przez Bułgarię i kimnąć gdzieś w okolicy przejścia z Serbią. Niestety i tym razem nasze plany muszą zostać poddane modyfikacji… głównym czynnikiem jest zmęczenie ale do myślenia dają też Bułgarscy pijani kierowcy, którzy zajeżdżają drogę… średnie warunki do jazdy w nocy. Niejednogłośnie, ale decydujemy się na nocleg około 50 km przed Sofią… namioty rozbijamy zaraz za zjazdem, przy samej autostradzie. Dla pewności nie wszyscy śpimy w namiotach, tylko przy swoich maszynach. No właśnie: nie sposób nie wspomnieć tutaj o Bułgarii, która przywitała nas kanapkami z robakami na stacji SHELL! Stacja o mało nie spłonęła…

Piętnasty dzień to pogoń… najpierw próbujemy ominąć Sofię: kierujemy się przez wiochy, na których Geno z Agą zaliczają małą wyjebkę na piasku na zakręcie… na szczęście na otarciach się zakończyło. Granicę Bułgarsko-Serbską również pokonujemy sprawnie pomimo sporych kolejek.. .zwłaszcza „Niemców”:) Drogi w Serbii nie najgorsze, ale wkurzający jest fakt, że trzeba niemało płacić za przejazd tymi pseudo „autostradami”… jest to zwykłe myto za przejazd przez ich kraj. Gigantyczne korki dopadają nas dopiero w Belgradzie… ale dzięki naszym jednośladom radzimy sobie z nimi w miarę sprawnie. Po rozdzieleniu spotykamy się znowu wszyscy razem na stacji za Belgradem… od tego momentu jedziemy już razem… granica Węgierska tuż tuż… Udaje nam się uciec przed kilkoma burzami, ale nasze szczęście nie trwa wiecznie… W okolicach Subotnicy, która jest niemal na granicy z Węgrami dopada nas potężna burza… dopada i unieruchamia na stacji benzynowej na 2-3 godziny… Spotykamy też paru innych motocyklistów, którzy się tu właśnie ratują: 2 Niemców i 3 Polaków (2x Africa, 1XTransAlp:). Pomimo lekkiego deszczu decydujemy się na uderzenie w kierunku granicy… na 6 km przed granicą szok: już tu zaczyna się korek przed przejściem… na szczęście Serbska Policja pilnująca porządku kieruje nas pod same przysłowiowe szlabany:) I znowu mnóstwo czasu ratują nam nasze jednoślady. Zaraz za granicą jest Szeged… tam właśnie upatrujemy naszej szansy na nocleg… Dość sprawnie znajdujemy przyzwoity motel-hotel… Szybko idziemy kimać, bo kolejny dzień również ma być ciężki… chcemy dojechać na Śląsk…

Szesnastego dnia wcześnie rano kierujemy się w kierunku Budapesztu… Przed samą stolicą Węgier dopada nas deszcz… popełniamy kolejny błąd logistyczny próbując znaleźć obwodnicę Budapesztu bez mapy Węgier a za pomocą mapy całej Europy… nie polecam:) Z miasta wydostajemy się dopiero po zakupieniu na stacji benzynowej mapy Węgier i zasięgnięciu języka. Tracimy około 2h :/ Za Budapesztem Słowacja… aż żal, że jedziemy w deszczu i mgle, bo widoczki są zapewne przednie… cały czas jedziemy przez góry. W skrajnym wyczerpaniu niektórych docieramy do granicy w Korbielowie… to już prawie jak w domu… jeszcze tylko mała kawa, która ma podtrzymać resztki świadomości. 1,5h godziny później jesteśmy w Rudzie. Gorzałka się chłodzi, żołądki się zapychają. Ja z Agą jesteśmy już w domu… Reszta ekipy ma jutrzejszego dnia jeszcze do przejechania około 300 km… dla Agi, Beaty, Gena, Jarka i Jara będzie to 17 dzień wyjazdu… Od wyjazdu z domu do podjechania pod blok zrobiłem 4767 km… Czekać tylko kolejnej okazji do następnego takiego wyjazdu:) Na wieczorną wódeczkę wskakuje Ołów:)

DSC05790 DSC05811 DSC05903 DSC05924 DSC05933 DSC05954 DSC05957 DSC05992 DSC06008 DSC06044 DSC06047 DSC06108 DSC06149 DSC06153 DSC06157 DSC06174 DSC06178 DSC06213 DSC06225IMG_1975

DSC06245 DSC06287 DSC06294 DSC06314 DSC06337 DSC06366DSC06215 IMG_1643 IMG_1742 IMG_1898

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>