Everest Base Camp – część trzecia

Posted on Posted in Bez kategorii

Pędziliśmy do Gorak Shep (5140 m n.p.m.) jak na skrzydłach. Zmęczeni, obolali, ale szczęśliwi dotarliśmy do jednego z pensjonatów. Rzuciliśmy nasze ukrwione od ciągłego chodu ciała-kłody na łóżka by nabrały sił na kolejne wysokości.

Nepal

Trochę obawialiśmy się, że zbyt szybko weszliśmy na wysokość pięciu tysięcy. Tuż przed Gorak Shep niektórych z nas zaczęła boleć głowa. Nasze ciała po trzech tygodniach niemal codziennego wysiłku odczuwały permanentny dyskomfort. A to stopy, a to plecy, kolana, czasem nadgarstki. Lecz tym razem to głowa cierpiała najbardziej i to głowa Agi. Migrena trzymała do rana.

Następnego dnia byliśmy gotowi zmierzyć się z celem trekingu. Droga do Base Campu wiodła na początku przez krawędź lodowca, żeby na ostatnim odcinku zejść bezpośrednio na rumowisko jego kamieni. Właśnie ten etap należy do najtrudniejszych, zwłaszcza kiedy nie posiada się przewodnika. Baza znajduje się tuż przy białych stożkach lodowca, ale żeby do niej dotrzeć, trzeba przedrzeć się przez niewidoczną kamienistą ścieżkę. Na początku wspinaliśmy się na azymut, nie wiedząc, czy kroczymy szlakiem, czy nie. Szybko zrezygnowaliśmy i zaczekaliśmy na przewodników grupy Amerykanów. Gdy Amerykanie stali sobie cierpliwie w oczekiwaniu na znalezienie właściwej ścieżki, my szybko zaczęliśmy się wspinać za dwoma Nepalczykami. Teren lodowca ciągle zmienia kształty. Lód bardzo szybko topnieje, zrzucając i przesuwając kamienie i głazy. Szlak do bazy należy ciągle odszukiwać.  W końcu pojawiła się baza (5364 m n.p.m.). Na jej miejscu zastaliśmy obowiązkowe chorągiewki i pozostawione na kamieniach i fragmentach materiałów napisy uczestników różnych ekspedycji. To wszystko.

Nepal
W drodze do Gorak Shep
Tuż tuż Everest
Tuż tuż Everest
W drodze na Base Camp
W drodze na Base Camp
Nepal
Wspinaczka „szlakiem” do bazy. Tylko którędy pójść…
Widok z lodowca w stronę Gorak Shep
Widok z lodowca w stronę Gorak Shep
Nareszcie Base Camp
Nareszcie Base Camp

Nepal

Nepal

Myślę, więc jestem na Base Campie...
Myślę, więc jestem na Base Campie… a z tyłu białe stożki lodowca

Nepal

Nepal

Nepal
Już wracamy

Nepal

Baza nie zaskakuje, nawet nie zachwyca, bo gdy pierwszy raz ujrzy się sam lodowiec, pierwsze z nim zetknięcie jest niesamowite, później wszystko wygląda podobnie. Szkoda, że nie mogliśmy zobaczyć tego miejsca w sezonie, kiedy teren lodowca wypełniony jest wieloma namiotami. Bo drżeliśmy na samą myśl, że jesteśmy tak blisko Everestu i Lhotse, i że właśnie stąd wspinacze ruszają na ich zdobycie. Musimy przyznać, że dopiero tam zobaczyliśmy, że musi to być niesamowicie trudne, nawet jeśli profesjonaliści przyznają, że Everest jest jednym z łatwiejszych ośmiotysięczników do wspinania. Długo przyglądaliśmy się drodze na Everest i im dłużej to robiliśmy, tym nasze ciała zaczęły wstrząsać dreszcze. Dawno już żadna turystyczna atrakcja nie zrobiła na nas takiego wrażenia. I musimy to przyznać – nie będziemy już krytykować tych długich kolejek amatorów-turystów w drodze na szczyt Czomolungmy, bo nawet oni muszą wykazać się wytrzymałością na ból fizyczny, odwagą i niesamowitą pewnością tego, co robią.

Głowa Agi ciągle bolała, trzeba było wracać. Zostawiliśmy grupę Amerykanów i powoli dochodzących do bazy grupę Anglików, Kanadyjkę z przewodnikiem i Izraelczyków. Powrót trwał szybciej o pół godziny niż droga w pierwszą stronę (2,5 h). Najwyraźniej bardzo się nam spieszyło do „ciepłego” hotelu, bo nawet imponujące lodowe lawiny spadające z najbliższych gór nie zatrzymały nas na dłużej niż kilka sekund.

Lawina
Lawina

Obowiązkowym punktem tego trekingu jest wejście na szczyt Kala Patthar (5 550 m n.p.m.), z którego podobno rozciąga się niesamowity widok na najwyższy łańcuch górski na świecie. Wspinaczkę należy zacząć już przed świtem, żeby zdążyć zobaczyć Everest zanim przykryje go kurtyna chmur. Niestety tego dnia zamiast widoku, zaskoczył nas wspaniały spektakl gęstych śniegowych chmur. Nie byliśmy cierpliwi na tyle, żeby zaczekać na korzystniejsze warunki pogody i z bólem głowy (tym razem do Agi dołączyła Ola) cierpliwie zaczęliśmy schodzić. Chmury długo walczyły z górami, już przez chwilę mieliśmy nadzieję, że zobaczymy choć skrawek Everestu. Dopiero później odsłonił się na chwilę Lhotse (8516 m n.p.m.), ale my siedzieliśmy już w jadalni hotelu zajadając się pysznymi momo i frytkami. I nie było nam w głowie wyciągać aparatów, bo w niej panował już tylko ból. Tuż po posiłku ruszyliśmy z powrotem do Pheriche. Tym razem pogoda nas nie dopieszczała.

Kala Pathar
Kala Pathar
Już prawie dostrzegliśmy Lothse
Już prawie dostrzegliśmy Lhotse

Nepal

Szlak z Kala Pathar
Szlak z Kala Pathar

Nepal

W dolinie Gorak Shep i boisko o piłki nożnej
W dolinie Gorak Shep i boisko o piłki nożnej
Momo na pewno ukoi wszelkie bóle
Momo na pewno ukoi wszelkie bóle
Pożegnanie z lodowcem
Pożegnanie z Khumbu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *