Everest Base Camp – część czwarta, powrót

Posted on Posted in Nepal

Pożegnaliśmy lodowiec i ruszyliśmy w dół. Najpierw do Pheriche, potem od razu do Namche Bazaar. Pogoda, będąc łaskawa podczas trekingu w kierunku Gorak Shep, tym razem obdarowała nas nieprzerwanym deszczem. Do Namche dotarliśmy przemoczeni do suchej nitki.

Ostatnie dni trekingu. W obiektywie aparatu Oli. Operator - skalna półka
Ostatnie dni trekingu. W obiektywie aparatu Oli. Operator – skalna półka

Jeszcze przez kolejny dzień próbowaliśmy dosuszyć ciuchy i buty, ale bez skutku. Wilgoć przeszywała kości. Nie mieliśmy ochoty zostawać w ciemnym i zimnym domu naszej pani „wariatki”. Tęskno było nam do Lukli. Włożyliśmy częściowo mokre ubrania i doszliśmy do niej następnego dnia. W nagrodę za całodzienny dziesięciogodzinny marsz czekały na nas w małym pensjonacie pyszne momo, świeżo ulepione przez rodzinę zaprzyjaźnionego nepalskiego przewodnika. Zostaliśmy tam przez kolejne trzy dni. To nie pyszne momo spowodowały nasze zasiedzenie się (choć bez namysłu moglibyśmy to zrobić). Ola postanowiła złapać samolot na stopa… Czemu nie? Nasze ciała błagały o podobną przysługę, nie mieliśmy ochoty wracać pieszo do samej Shivalaji.

Najpyszniejsze momo, jakie jedliśmy. W Nepalu często jada się je w zupie. I momo, i zupa pikantne... Lukla nauczyła nasze podniebienia przeszywające palenie. Gdy odwiedzaliśmy naszą ulubioną hinduską knajpkę w Kathmandu, już po powrocie, do każdej potrawy dokładaliśmy dodatkowe pikantne sosy
Najpyszniejsze momo, jakie jedliśmy. W Nepalu często jada się je w zupie. I momo, i zupa pikantne… Lukla nauczyła nasze podniebienia wytrzymywać przeszywające palenie. Gdy odwiedzaliśmy naszą ulubioną hinduską knajpkę w Kathmandu, już po powrocie, do każdej potrawy dokładaliśmy dodatkowe pikantne sosy. Robią to Nepalczycy, „długodystansowi” podróżnicy i… my 🙂 Nareszcie. Olka już dawno zajadała się papryczkami chilli…

Z samego rana odwiedziła lotnisko. Pokręciła się trochę, wiedziała już gdzie jest wyjście na płytę, gdzie odbywa się odprawa, a gdzie rozładunki. Następnego dnia spakowaliśmy się i ufni w zdolności Olki ruszyliśmy na terminal. Pewnie przestąpiliśmy jego próg i usiedliśmy w hallu. Ola wyciągnęła notes i długopis, i żwawym krokiem zeszła do odprawy. Notes miał być profesjonalny, a Ola profesjonalnym dziennikarzem. Od ochrony dowiedziała się, gdzie przesiadują piloci podczas przerw. Niestety drzwi do ich pokoju były zamknięte, ale ta niewzruszona ruszyła na płytę przez bramę rozładunkową. Szybko złapała kontakt wzrokowy z jednym z pilotów i poprosiła o rozmowę. Na początku próbowała korzystać z notesu, ale szybko przyznała się, o co tak naprawdę jej chodzi. Pilot był podobno przemiły i chętny spełnić jej marzenie. Niestety traf chciał, że samolot, którym pilotuje służy wyłącznie do przewozu towarów. Za to poprosił kierującego ruchem, żeby ten ułatwił Olce kontakt z innymi pilotami. Niestety ów pracownik nie przystał na taką propozycję i już do ostatniej próby (a było ich wiele) Ola nie mogła skomunikować się z żadnym (oprócz krótkiej pogawędki z pilotami zepsutego samolotu w jednym z okolicznych hoteli). Próbowaliśmy szczęścia jeszcze następnego dnia, ale bezskutecznie. Po kilku godzinach okupowania lotniska dostaliśmy nawet osobistą straż 🙂 Mamy nadzieję, że nie rozklejono plakatów z naszymi podobiznami z informacją o niepożądanych gościach.

Zrezygnowani opuściliśmy Luklę. Żeby nie musieć wędrować szlakiem pijawek do Shivalaji, postanowiliśmy wrócić do Kathmandu jeepem, odjeżdżającym z miejscowości Salery lub Paphlu. Przenocowaliśmy w Bupsie, w której nadarzyła się kolejna okazja szybszego powrotu do Kathmandu. Zaparkował w niej helikopter z powodu złych warunków pogodowych. Szybko dowiedzieliśmy się, gdzie piloci spędzają noc i jak gdyby nic, zatrzymaliśmy się tam i my.

A oto i ona! Pijawka, pijawica, pijawusa (już po posiłku o około dziesięciu centymetrów)... Nie bała się obiektywy Oli...
A oto i ona! Pijawka, pijawica, pijawusa (już po posiłku o około dziesięciu centymetrów)… Nie bała się obiektywu Oli…

Długo Ola walczyła o swoje marzenie i jesteśmy pewni, że gdyby nie odgórny rozkaz powrotu do Lukli, mieliśmy ogromne szanse na znalezienie się w stolicy Nepalu szybciej niż jeepem. Trudno, trzeba było jeszcze się trochę pomęczyć z kilkunastogodzinnym marszem. Dotarliśmy do Paphlu wieczorem (z małym „pijawkowym” zagrożeniem). Zatrzymaliśmy się w małym hoteliku za ostatnie pieniądze. O świcie następnego dnia przyjechał nasz samochód. Myśleliśmy, że pojedziemy nim sami, ale zapomnieliśmy o nepalskich przyzwyczajeniach.    O, my niemądrzy! Tak się kończy zbyt długi pobyt w górach, zapomina się o tym, co doskwiera na co dzień. Do turystycznego jeepa wsiadali, wsiadali i wsiadali mieszkańcy kolejnych wiosek. A turystów „turystycznego jeepa” było właściwie tylko czterech – my upchani z tyłu i siedzący (sam!) z przodu pewien Norweg. A w środkowym rzędzie siedzeń czterech, w porywach do pięciu Nepalczyków. Na dachu jeszcze kilku, z tyłu na zewnętrznej drabince jeden, czasem przy obu bokach samochodu jeszcze paru. Cóż to była za podróż… Do Kathmandu dotarliśmy następnego dnia po 29 godzinach. W nich – niezapowiedziany nocleg w jakimś obskurnym przydrożnym hotelu (a raczej w pokojach nad jadłodajnią). Wieczorna przerwa na kolację nagle zamieniła się w przerwę całonocną. Oprócz wody, portfeli, aparatów i jednego polara nie mieliśmy niczego przy sobie. Wszystkie rzeczy zostały w plecakach przytroczonych do dachu jeepa. Kierowca jakoś nie miał ochoty poinformować nas o zmianie planów, tylko dzięki pewnej starszej Nepalce (naszej „matce” w podróży) wiedzieliśmy, gdzie możemy się przespać. Jadący z nami Nepalczycy zatopili swe zdenerwowanie w dhaalu z ryżem, Norweg z rozpaczy wystawił środkowy palec w kierunku kierowcy, a my jeszcze przez krótką chwilę walczyliśmy o wyjaśnienia, później zaś grzecznie położyliśmy się na niezbyt świeżych i niezbyt pachnących łóżkach. Nasza „matka” zgasiła światło i bez słowa, mimo że kilka z nich chciało się jeszcze wysypać, szybko zasnęliśmy. O piątej rano obudził nas klakson jeepa i po piętnastu minutach jechaliśmy dalej.

Uwaga! Nie radzimy wsiadać do jeepa na tej trasie komuś, kto cierpi na chorobę lokomocyjną. Na prawie całym jej odcinku trzęsie, wiruje, rzuca i tarmosi. Czasem trzeba wysiąść i cierpliwie poczekać (nierzadko kilka lub kilkanaście godzin) aż jakiś traktor wyciągnie zakleszczony w błotnych koleinach pojazd. Była to fizyczna i psychiczna mordęga. Przejażdżka dostarczyła nam „wyskokowych” i „offroadowych” doznań oraz darmowy trening wytrzymałościowy. Do naszych zaprzyjaźnionych już zakwasów nóg i ramion dołączyły nowe całego ciała. Nie mówiąc już o guzach na głowie.

Tak mniej więcej wygląda droga z Phaplu
Tak mniej więcej wygląda droga z Phaplu

Nie mogliśmy się doczekać radośnie opuszczanego miesiąc temu Kathmandu. Można zatęsknić za tym miastem, oj można. Norweski towarzysz przejażdżki zapytał nas na jednym z długich postojów z powodu utknięcia pojazdu w błocie, za czym najbardziej tęsknimy w Kathmandu. Podobno większość turystów, którzy spędzili długie tygodnie w górach, o czymś intensywnie myśli i nie może się czegoś doczekać. Owszem, za każdym z nas chodziła jakaś chętka. Aga – musztarda, Ola – kanapeczki ze śniadania, Grzesiek – owoce. Oj jak my marzyliśmy o zakurzonym, brudnym i głośnym Kathmandu.

8 thoughts on “Everest Base Camp – część czwarta, powrót

  1. Bardzo ciekawe. Milo sie to czytalo. Szkoda, ze nie byliscie w sezonie, moglibyscie spotkac jakichs znanych wspinaczy:-)

    1. W Katmandu poznaliśmy Polaka, ktory zdobył koronę ziemi i koronę maratonów. Na imię miał Irek i był z Poznania, nazwisko mi ulecialo z głowy. Poznaliśmy tez Szerpów którzy byli na szczycie Everestu po kilka razy 🙂

      1. Bardzo fajna przygoda, zazdroszcze Wam. To moje marzenie od kilku lat, zeby zrobic trekking do Base Camp:-) A czy Wy nie obawialiscie sie isc sami, bez przewodnika?

        1. W sezonie na szlaku jest tyle ludzi, ze cieżko sie zgubić. Przewodnik kosztuje całkiem sporo i jeszcze trzeba płacić za jego wyżywienie i nocleg co jest droższe od samego wynagrodzenia. Ani razu nie zalowalismy, ze szliśmy bez przewodnika. Na szlaku wystarczy GPS. Jednak zdecydowanie odradzamy samotne wędrówki, minimum 2-3 osoby to optymalne rozwiazanie.

  2. Serdecznie dziękuję za kartkę z Kathmandu z jakiem.Datowana 06.08.dotarła przedwczoraj.Ja za tydzień wylatuję do Delhi i dalej rowerowo do Nepalu.Mam nadzieję przeżyć,podobnie jak Wy, dużo wspaniałych chwil. Pozdrawiam serdecznie.Janek.

    1. Powodzenia! Bardzo sie cieszymy, ze dotarła mimo opóźnienia. I tak miała wiecej szczęścia niż nasze rzeczy w paczce, ktore w dziwnych okolicznościach wyparowały po drodze 🙁

  3. Będę w Nepalu w maju.bardzo prosiłbym o info jakich wydatków obligatoryjnych należy spodziewać się w drodze do Base Camp ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *