Do Arbil

Posted on Posted in Irak, Kurdystan

Deszcz towarzyszył nam przez całą noc i poranek. Ruszyliśmy z impetem pod kolejną górę w poszukiwaniu wioski i sklepu z chlebem. Trochę bez przekonania pytaliśmy o chleb w różnych sklepach, bo poprzedniego dnia utwierdziliśmy się w przekonaniu, że trudno go kupić. Prawdopodobnie wszyscy wypiekają go sami w wioskach, w sklepach proponowano nam pakowany chemiczny. Właściwie szumnie to brzmi – wypiekać chleb, bo są to po prostu cienkie krągłe lub w kształcie rombów lawasze lub shoarmy lub jeszcze cieńsze krążki w formie suchych półprzezroczystych płatów, w które zawija się mięso i warzywa. Za to, jak znajdzie się gdzieś po środku pustkowia małą piekarenkę z jeszcze ciepłymi rombami, do których ktoś podaruje ci słodki serek, głównie jedzony z miodem, to deszcz nagle przestaje istnieć i może spływać do woli bez zauważenia po twarzy. Tego dnia góry nas nie opuściły, choć znacznie zmalały. Z boku drogi przypominały trochę sinusoidę, bo bez końca trzeba było wyjeżdżać na wzniesienia i z nich zjeżdżać. Ukształtowanie gór tutaj było dość charakterystyczne – nazwaliśmy je karbowanymi górami, przypominały trochę morskie muszle.

Czy ktoś wie, co tutaj jest napisane?
Czy ktoś wie, co tutaj jest napisane?

Karbowane góry
Karbowane góry

Pobiliśmy nasz rekord tego dnia w pozowaniu do zdjęć. Ciągle ktoś nas zatrzymywał – całe rodziny, młodzi chłopcy, nawet dziennikarz z gazety z Duhok, zdążył z nami zrobić wywiad. Potem znów rodziny, starsi mężczyźni, nauczycielki… i tak ciągle do wieczora. Jeszcze zdążyliśmy wymienić pieniądze w sklepie, w witrynie którego znaleźliśmy polskie banknoty przed denominacją i zjeść po shoarmie.

Waluty, wśród których i polska sprzed denominacji
Waluty, wśród których i polska sprzed denominacji
Można policzyć ilość wpatrujących się w nas oczu
Można policzyć ilość wpatrujących się w nas oczu
Jedna z rodzin, która zatrzymała nas w drodze
Jedna z rodzin, która zatrzymała nas w drodze

Po takiej drodze jechaliśmy przez dłuższy czas

Po takiej drodze jechaliśmy przez dłuższy czas, cała dla nas

Teraz mogliśmy szukać miejsce na nocleg. Na szczęście znaleźliśmy wspaniałe i odludne miejsce z widokiem na szyb naftowy. Już nie musieliśmy się uśmiechać, opowiadać skąd jesteśmy i tłumaczyć po co w ogóle jedziemy rowerami taki szmat drogi. Całą noc i poranek towarzyszył nam zapach pieniądza unoszący się po okolicy – zapach paliwa był całkiem intensywny.

Paliwowe góry
Paliwowe góry
Nocleg o zapachu paliwa
Nocleg o zapachu paliwa
Nasz wspaniały cichy nocleg
Nasz wspaniały cichy nocleg
W chwilowej ciszy
W chwilowej ciszy

Irak

Namiot i my, no może jeszcze ropa:)
Namiot i my, no może jeszcze ropa:)

Następnego dnia znów toczyliśmy bój ze zdjęciami, rozmowami i uśmiechami. Byliśmy obdarowywani na każdym kroku, od Kurda mieszkającego w Holandii na stałe dostaliśmy latarki dla bezpieczeństwa, a od pewnej rodziny bukiet kwiatów. W pewnym momencie nie mogliśmy nawet ruszyć, bo ciągle ktoś ustawiał się w kolejce do zdjęć z nami. W kolejkę ustawili się też żołnierze, żeby sprawdzić paszporty, potem natomiast Węgier, pracujący w Arbil jako inżynier. Na szczęście droga do Hawler (kurdyjska nazwa Arbil) umykała nam szybko, mimo szutrowych, kamienistych i podziurawionych poboczy i mogliśmy niebawem schować się przed spojrzeniami innych.

Jedno ze skupisk wiejskich
Jedno ze skupisk wiejskich
Mały sklepik gdzieś w górach, obowiązkowo z flagą
Mały sklepik gdzieś w górach, obowiązkowo z flagą

Irak

staw w kształcie serca
staw w kształcie serca
Wszędzie owce
Wszędzie owce