Błotny powrót

Posted on Posted in Indie

Dotarliśmy do wioski Lato. Za nią czekają dwie przełęcze, więc zdecydowaliśmy, że zostawimy sobie je na następny dzień. Wioska położona jest w różowej dolinie, w której mieszkańcy uprawiają zboże na zielonych tarasach. Wieczorny pobyt w Lato był niezwykle cichy, a po gorącej kąpieli (polewanie się wodą z kubełka) i po miejscowym momo (tybetańskie pierożki) i chlebie ladakhi poczuliśmy się naprawdę błogo. Musieliśmy zbierać siły na kolejny dzień, bo tym razem wiedzieliśmy, co nas czeka.

Indie

Zaczęliśmy jazdę o 6 rano. Szybko pokonaliśmy Tanglang, bo od tej strony na przełęcz wiedzie w miarę równa droga asfaltowa. Gorzej jest między Tanglang a Lachulung – piach, kamienie i ogromne dziury. Ten odcinek mocno nami potrząsł – jest chyba najgorszym na całej trasie Leh – Manali. Chwilę odpoczęliśmy w okolicach Sarchu, obozowisku, w którym spaliśmy drugiej nocy jadąc do Leh. Spieszyło się nam bardzo. Nasz plan przewidywał dotarcie do Keylong, nie mogliśmy jednak przyspieszyć z powodu dużego obciążenia naszego Royala. Gdy przed sobą zobaczyliśmy przełęcz Baralacha poczuliśmy się już pewniej. Jest to ostatnia przełęcz przed Keylong.

Okolice Leh
Okolice Leh

Indie

Indie

Wjazd na Tanglang
Wjazd na Tanglang

Indie

Krótki asfaltowy odcinek za Tanglang
Krótki asfaltowy odcinek za Tanglang

Indie

Indie

Indie

Gdzieś w połowie wjazdu kamienista lawina zafundowała nam przymusowy odpoczynek. Ogromne głazy zwaliły się na wąską drogę korkując przejazd. Wszystkie motocykle ulokowały się na przodzie. Ogromny buldożer krok po kroku spychał głazy w przepaść. Nie trwało to długo, bo gdy tylko największe fragmenty lawiny zostały zepchnięte, motocykle były gotowe do jazdy. Za rumowiskiem okazało się, że czeka nas błotna przeprawa. W niektórych momentach błoto sięgało połowy koła, a rzadka jego konsystencja skutecznie powodowała poślizgi. Zanim wyjechaliśmy na przełęcz, musieliśmy jeszcze pokonać kilka strumieni, które szybko przyspieszają nurt pod koniec dnia.

Buldożer spychający głazy
Buldożer spychający głazy
Widok z Baralachy
Widok z Baralachy
Po drugiej stronie Baralachy
Po drugiej stronie Baralachy

Indie

Jednak najbardziej czekaliśmy na jedno szczególne miejsce, którego zdjęcia pokazywaliśmy już kilka razy – rumowisko lawiny, która zsunęła się w dniu naszej rowerowej wyprawy. Mieliśmy nadzieję, że po takim upływie czasu służby, zwane BRO, uporządkowały ten bałagan. Gdy zjechaliśmy z Zing Zing Baru i pokonaliśmy koszary wojskowe, z oddali było już widać, że nasze wątpliwości, które mimo wszystko wygrywają z nadzieją w indyjskie służby, chyba się sprawdzą. Do lawiny stało kilkanaście ciężarówek i samochodów. Ruchem w takich miejscach kierują zwykli pasażerowie posiadający ducha organizacji. Niestety takim nie może poszczycić się większość Hindusów jadących tą drogą. Co chwilę, jeśli już istnieje jakaś iskierka nadziei złudnego porządku, środek rzeki blokuje wielka ciężarówka, obok której mogą przecisnąć się tylko motocykle lub rowery. Tak było i tym razem. Podczas gdy kamieniste podłoże pokonywał samochód osobowy, z przeciwka wystartowała hinduska ciężarówka całkowicie blokując ruch. Dzięki niej pozostał nam wąski przesmyk w miejscu największego nurtu spadającej wody. Tutaj sięgała ona połowy sakw, a gdyby nie odpowiednie działania, mało brakowało, a stanęlibyśmy na środku, jak wspomniane pojazdy. Pchać i lawirować pomiędzy największymi głazami pomógł nam jeszcze pewien chłopak. Od pierwszych dni lawiny podłoże drogi mocno ucierpiało, bo zamiast jednego poziomu kamienistej płaszczyzny zastaliśmy wysokie stopnie wyłożone wysokimi kamieniami. Tego dnia najgorsze było za nami. Do Keylong zostało 60 km. Całkowicie przemoczone buty czekały na kolejny dzień.

Nasza "ulubiona" lawina. Jeszcze przed przeprawą przyglądamy się i krzyczymy wraz z innymi na bezmyślnych kierowców
Nasza „ulubiona” lawina. Jeszcze przed przeprawą przyglądamy się i krzyczymy wraz z innymi na bezmyślnych kierowców
Powoli żegnamy Ladakh - region kulturowo należący do Tybetu. Przyjrzyjcie się bakowi tego motocykla. Tutaj nie istnieje żadna różnica między sanskryckim symbolem pomyślności a typowym europejskim przedstawieniem pewnej ideologii
Powoli żegnamy Ladakh – region kulturowo należący do Tybetu. Przyjrzyjcie się zbiornikowi tego motocykla. Tutaj nie istnieje żadna różnica między sanskryckim symbolem pomyślności a typowym europejskim przedstawieniem pewnej ideologii…

Nad ranem obudziła nas ulewa… zaraz, zaraz, czy Misza nie mówił, że do Rothangu prawie nigdy nie pada? Ubraliśmy przemoknięte, ciężkie buty po ostatnich wodnych zmaganiach i ruszyliśmy w deszczu w stronę Rothang. Byliśmy przekonani, że nie będzie łatwo, zwłaszcza że cały kilkukilometrowy podjazd na Rothang to bardzo nierówna piaszczysta droga. Deszcz towarzyszył nam do samej przełęczy, a z wiecznie kurzącego się odcinka przed przełęczą zrobiło się jedno wielkie bajoro, głębokie wężowe bagno. Motocykl dzielnie walczył z podjazdem, czasem wspomagany siłą Agi. Udało się. Najgorsze za nami.

W Manali szybko oddaliśmy motocykl, rozpaliliśmy kominek, włączyliśmy muzykę, otworzyliśmy książki i oby nikt nam nie przeszkadzał podczas tych naszych ostatnich dni w Indiach. W poniedziałek ruszamy autobusem do Nepalu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *