Bali Kuta Candidasa

Posted on Posted in Indonezja

Bali było czystym przypadkiem w naszej podróży. Chcieliśmy przedłużyć pobyt w Australii, a najprostszym na to sposobem jest wyjazd gdzieś, gdzie jest blisko, a bilety lotnicze tanie, a następnie powrót z nową darmową wizą. Wybór padł na Bali – miejsce częstych wakacyjnych odwiedzin Australijczyków. Początkowo mieliśmy chrapkę na Nową Zelandię, ale pomysł szybko upadł. Koszt przelotu w jedną stronę o kilka razy przekraczał nasz budżet. Czas świąteczny w Australii to początek długich ferii dla dzieciaków. Dlatego musieliśmy się spieszyć z zakupem biletów, bo te, im bliżej Bożego Narodzenia, stają się dużo droższe. Z gwarancją wylotu w ręku (a raczej w skrzynce mailowej) za 150 dolarów każda mogliśmy się powoli organizować do zmiany środowiska.

Indonezja

Tym razem postanowiliśmy zostawić nasze rowerowe dzieci w Mundaring, a Bali odwiedzić z plecakami. Zapakowaliśmy rowery i sakwy w pudła, żeby w razie jakiegoś niepowodzenia z ponownym przyjazdem do Australii były gotowe do wysyłki. Poinstruowaliśmy naszą znajomą, jak je wysłać i mogliśmy ze spokojem opuścić Perth.

W Denpasar, balijskiej stolicy, wylądowaliśmy o północy. Po szybkiej przeprawie przez bryłę lepkiego powietrza wsiedliśmy do nieoznaczonej taksówki i ruszyliśmy ciemną nocą przez miasto. Nie było to przyjemne, taksówkarz wjeżdżał w dziwne uliczki, po których kręcili się pijani młodzi Balijczycy, a na koniec zawiózł nas do złego hotelu. Poprosiliśmy recepcjonistę o wezwanie innej taksówki firmy Bluebird, którą polecono nam jeszcze w Australii. Właściwie krótkie wakacje na Bali prowadziliśmy podobnym torem – całkowicie ulegliśmy zewsząd dochodzącym rekomendacjom i korzystaliśmy z przetestowanych wcześniej przez kogoś innego miejsc. I dobrze na tym wyszliśmy, bo oprócz znalezionego w Internecie hotelu w dzielnicy Kuta, miejscowość Candidasa, tamtejszy bungalow, bary i restauracje były raczej strzałem w dziesiątkę.

Po wysłuchaniu różnych opowieści o turystycznej dzielnicy Denpasar – Kucie, już zanim wysiedliśmy z samolotu, czuliśmy do niej niechęć. Zalecano nam pozostanie tam nie dłużej niż jedną noc, za to my zostaliśmy cztery. Teraz wiemy, że był to błąd, ale to nasz mały hotelik, a raczej jego mały basenik spowodował to niezdrowe zasiedzenie. Ulegliśmy potwornemu lenistwu, już podniesienie nogi z rattanowego leżaka przycupniętego nad turkusową wodą basenu stanowiło problem. Sztywniejące nogi stawały się bardziej plastyczne, gdy mózg generował pomysły chłodzącej kąpieli. Tak o to w wielkiej żyliśmy wannie przez trzy dni. Reszcie Kuty poświęcaliśmy tylko czas na śniadania i obiady. Zwiedzaniu powiedzieliśmy stanowcze nie! Czasem tylko jakaś misternie rzeźbiona hinduska świątynia puściła Adze oko. Mimo minimalnego zasobu asertywności, stawiła temu czoła, utrwalając tylko jedną i to tylko trzema zdjęciami.

Jedna z trzech świątyń
Jedna z trzech świątyń
Druga
Druga

Mieniący się błękitny płyn zalewał nasze głowy, niewiele miejsca poświęcając na inne pomysły jakichś bezzasadnych czynności. Wreszcie przypomnieliśmy sobie, że wypadałoby zobaczyć Bali, a nie tylko ściany basenu. Zgodnie z wytycznymi najlepszego sposobu poruszania się po wyspie, wynajęliśmy skuter. Na kilka godzin musieliśmy uruchomić zwiotczałe mięśnie. Najpierw trzeba było wepchnąć wypchany plecak o pojemności 60 l w przestrzeń między kierownicą a siedzeniem, wsiąść, przytrzymać skuter, bo na tył musiała wskoczyć jeszcze druga osoba z plecakiem na plecach ważącym prawie 20 kg, po czym można było ruszyć pojazd, tyle że z podkurczonymi nogami kierowcy, bo z powodu wgniecionego w poziomie plecaka z przodu, dla nóg zbrakło miejsca. Jazda wyglądała podobnie skomplikowanie, jak cały ten opis. Trwała trzy godziny. Okupiona łzami, skurczami, bólami i potem. Musieliśmy dać radę, bo przecież sami Balijczycy (doświadczeni w podróże skuterami w różnych konfiguracjach, czy to z czterema osobami, czy koszami z kurami) patrzyli z podziwem, nie mogliśmy ich zawieść.

Po przejechaniu 60 km czekała nagroda, tylko spójrzcie!

Nasz palmowy lasek przed bungalowem
Nasz palmowy lasek przed bungalowem

Indonezja

Indonezja

Indonezja

Plaża
Plaża

Indonezja

A w nim nasz bambusowy domek
A w nim nasz bambusowy domek
Z góry przepraszamy z ckliwe obrazki
Z góry przepraszamy za ckliwe obrazki

Indonezja

Po zachłyśnięciu się palmami, kwiatami i motylami przyszły kolejne zachwyty, również jedzeniem. Wielbiciele ryb i owoców morza z łatwością znajdą coś dla siebie. Zajadaliśmy się grillowanym miecznikiem lub sumem, krewetkami, gado-gado, czyli warzywami z orzechowym sosem, smażonym tofu i tempe (zbitych w bryłki sfermentowanych orzeszków soi). Stołowaliśmy się w różnych miejscach, głównie w warungach, lokalnych restauracjach z kuchniami wątpliwej higieny. Nie wszystko było smaczne, tofu nierzadko rozczarowywało. Za to tempe było pyszne, choć podobno przygotowuje się go z importowanej ze Stanów Zjednoczonych modyfikowanej genetycznie soi. Dla niektórych to Nasi Goreng jest najlepszy, ale to po prostu smażony ryż z warzywami i mięsem (dla wielu Indonezyjczyków idealny na śniadanie) lub Satay – głównie mięsne szaszłyki podawane z sosem orzechowym. Podczas gdy sos zasługuje na dużo uwagi, reszta przypomina po prostu azjatyckie, tłuste, smażone ryże i kluchy. No cóż, wielu potraw nie udało się nam spróbować.

Obowiązkowy ryż, tempe, tofu, ryba i pyszna sałatka z orzechów i soi
Obowiązkowy ryż, tempe, tofu, ryba i pyszna sałatka z orzechów i soi. Chrupek jako chleb?

Indonezja

Tak właśnie mijał nam czas. Między leżeniem, a leżeniem, jedzeniem, a jedzeniem, czasem wstawaliśmy, żeby usiąść. Ale były też bardziej radykalne rekreacje. Pierwszą było podglądanie kolorowych rybek i raf i zachłyśnięcie się słoną wodą. Drugą – uciekanie przed spadającymi kokosami z wysokich palm. Pierwsza, jak i druga wydały się nam nazbyt niebezpieczne, nie chcieliśmy tak szybko z leżenia rezygnować. Zdobyliśmy się nawet na jedną wycieczkę do sąsiadującego miasteczka. Zakupiliśmy owoce na targu i mijając wypatrujące ratunku tuńczykowe ślepia, pospiesznie opuściliśmy typowy handlowy bałagan. Z lepiącym się wiatrem we włosach wystających spod przydużych kasków wracaliśmy do bambusowego domku.

Płyniemy na snorkowanie
Płyniemy na snorkowanie

Indonezja

Aga jeszcze próbuje dostrzec żółwie
Aga jeszcze próbuje dostrzec żółwie
Wyspa, przy której oglądaliśmy przez maski rafę
Wyspa, przy której oglądaliśmy przez maski rafę
Schody ndo świątyni na wyspie
Schody ndo świątyni na wyspie

Indonezja

Targ
Targ
Kto zgadnie ? Żółty arbuz, melon, smoczy owoc, markiza i salak (oszpilna jadalna)
Kto zgadnie ? Żółty arbuz, melon, smoczy owoc, markiza i salak (oszpilna jadalna)
Prosto z drzewa - kokos, z targu rambutany i mango
Prosto z drzewa – kokos, z targu rambutany i mango
Chempedak, czyli inaczej dżakfrut
Chempedak, czyli inaczej dżakfrut

Wbrew pozorom, Bali nie jest drugim domem Australijczyków, przynajmniej nie o tej porze roku. Wyspę wybrało na swój dom też kilku Polaków. W samej Candidasie na pewno mieszka czterech. Gosia, wraz z mężem Gustim jest właścicielką baru-restauracji pod nazwą Queen, w którym można zjeść bardzo dobre jedzenie (ach te krewetki w sosie pomidorowym lub śmietanowym!), a nawet potańczyć do muzyki na żywo. Pewnego wieczoru poznaliśmy jeszcze Piotra. Świat jest mały, bo i on, jak i Aga skończyli konserwację malarstwa szkoły toruńskiej, z różnicą jakichś trzydziestu lat. Zwędrował i przepłynął glob, ale właśnie tutaj postanowił codziennie oglądać zachody słońca. Kolejni pracują w szkole nurkowania. Tak o to malutka Candidasa pomieściła trochę polskości. A gdy nasze błogie leniuchowanie w Candidasie się skończyło, poznaliśmy kolejnego Polaka, Roberta. Prowadzi on własne bistro w Denpasar. W weekendy za jedyne 6 dolarów można wypełnić do granic możliwości żołądki pysznym, domowym, a nawet polskim jedzeniem. Fama o tym miejscu rozeszła się po całym mieście, na stoliki trzeba czekać.

Może to dobry pomysł mieć codziennie takie zachody?
Może to dobry pomysł mieć codziennie takie zachody słońca?
Bistro Roberta w Denpasar
Bistro Roberta w Denpasar

Na pożegnanie Bali włożyliśmy jeszcze nasze ciała do znanej już nam wanny o dziwnych mocach przysłaniających rzeczywistość i wysłuchaliśmy ostatnich burzowych podrygów. Ale to nie burza nas wkrótce przestraszyła. W dzień przed wylotem zaginął samolot Air Asia. Daliśmy upust wyobraźni po uprzytomnieniu sobie, że następnego dnia lecimy tymi samymi liniami. Wszystkie wiadomości w naszej hotelowej kablówce informowały o tej strasznej historii, a na stacjach indonezyjskich dodatkowo pojawiła się informacja o trzęsieniu ziemi w Kucie i zagrożeniu tsunami. Na szczęście tsunami nie było, ale kilka dni temu przypomniano nam o tym najgorszym, grudniowym sprzed 10 laty. Ostatnia noc na Bali nie należała do najprzyjemniejszych. Gdy kupowaliśmy bilety do Perth, niewiele miejsc w samolocie pozostało pustych, ale jak startowaliśmy, był wypełniony tylko do połowy.

Do Australii udało się nam wwieźć zakupiony u Roberta chleb na zakwasie. Celnik z rozbawieniem patrzył na nasze błagające twarze i włożył z powrotem chleb do plecaka. Takiego chleba nie jedliśmy rok. Potraktowaliśmy go jak prezent gwiazdkowy. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędziliśmy w wyjątkowo nieświątecznym miejscu. Ale dzielnie wzięliśmy to na klatę – śnieg zastąpiliśmy białym piaskiem, karpia krewetkami, a pierogi tempe. Początkowo chcieliśmy ozdobić jakąś palmę, ale i na to nie starczyło chęci. Papierowa choinka świetnie zastąpiła jodłę lub świerk. Można ją zobaczyć w restauracji Gosi.

Pierniczki od Gosi
Pierniki od Gosi

Praktycznie z naszego notesu:   

100.000 rupii indonezyjskich – około 10$

Wiza wjazdowa „arrival” do Indonezji na 30 dni – 35$

Opłata wyjazdowa pobierana na lotnisku przy wylocie – 200.000 rupii

Taksówka z lotniska do Kuty – 50.000 rupii

Wynajęcie skutera – 50.000 rupii za dzień, przy dłuższym okresie możliwa lepsza cena

Przyzwoity hotel w Kucie – 250.000 rupii za noc

Bungalow w Candi Dasa – 220.000 rupii za noc

Obiad w warungu dla dwóch osób z piwem – 80.000-100.000 rupii

Obiad w restauracji dla dwóch osób z piwem – 200.000 – 250.000 rupii

Piwo 0,6 litra w sklepie – 25000 rupii, butelka miejscowej whiskey lub araku – 120.000 rupii

Nurkowanie, dwa zejścia pod wodę plus szkolenie i obiad – 120$

Litr paliwa do skutera – około 10.000 rupii

Łapówka dla policjanta (zatrzymują wszystkich białych) – od 50.000 do 100.000, nigdy więcej

Maska do snurkowania z fajką – 300.000 rupii

Candidasa
Candidasa
Nadchodząca burza w Candidasie
Nadchodząca burza w Candidasie

Indonezja

Wybrzeże Bali
Wybrzeże Bali
Dobrego Nowego Roku!!!
Dobrego Nowego Roku!!!

4 thoughts on “Bali Kuta Candidasa

  1. Wspaniale zakończony 2014 rok. Jakie plany na następny ? A może bez planów – niekiedy zastanawiam się czy podróżujecie bardziej „na żywioł” i tak świetnie się układa, czy jest w tym więcej taktyki. W każdym razie efekty super. Życzę, żeby w 2015 było podobnie i jak zawsze zdrowia,zdrówka ,zdróweczka!

  2. Fajny wpis. Super opisy i dobrze że są zdjęcia jedzenia i krajobrazy… ile to człowiek w życiu nie widział.
    Dzięki za kartkę – dziś dotarła, wisi nad biurkiem Jarosława.
    No i cyknęła (albo jakoś blisko) rocznica rozstania z Polską. Życzę siły i pogody ducha na kolejne Wasze przygody. Pozdro.

  3. Fajna relacja. Możesz podać nazwę tego bungalowu, w którym mieszkaliście, wygląda na super miejsce 🙂 A i jeszcze jedno.. są jakieś większe spożywczaki w Candidasie, gdzie można kupić jedzenie ?

  4. Ekstra! W marcu wybieramy się z koleżanką właśnie do Candidasy. Mega przydatna recenzja, dziękuję 🙂
    Mogłabym prosić o nazwę centrum nurkowania, z którego korzystaliście?
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *